FILM

Igrzyska Śmierci: Kosogłos. Część 2 (2015)

Hunger Games: Mockingjay Part 2, The

Recenzje (1)

A jednak zakończenie serii może pozostawić niedosyt i u starszych i u młodszych widzów. Francis Lawerence, wzorem m.in. "Zmierzchu" rozdzielił finał sagi na dwa akty. W efekcie rok temu musieliśmy przemęczyć się przez film bez puenty z nadzieją, że zamknięcie serii będzie kipiało od akcji. Czytelnicy pierwowzoru pióra Suzanne Collins wiedzieli, że wrażeń się zabraknie. Mimo to w ekranizacji "Kosogłosa. Części 2" fabuła się rozpłynęła. Film trwa 2,5 godziny, rozkręca się jakieś 50 minut, a i tak wiele kluczowych wątków przedstawiono szczątkowo.

Katniss Everdeen (Jennifer Lawerence) dawno przestała być buntowniczką z 12. dystryktu, która postawiła się systemowi. Jest symbolem rewolucji, bezpardonowo wykorzystywanym w propagandzie przez samozwańczą prezydent Coin (Julianne Moore). Katniss nadal wierzy, że musi zgładzić prezydenta Snowa (Donald Sutherland), odpowiedzialnego za doroczną rzeź na igrzyskach, bombardowanie cywilów i pranie mózgu jej ukochanego Peety (Josh Hutcherson). Tymczasem dostrzega ciemną stronę rebelii. Widzi, że w imię zasady "Umarł król, niech żyje król" nowa dyktatura może zastąpić starą. Rewolucja już zebrała żniwo, łamiąc kręgosłup moralny Gale'a (Liam Hemsworth). Kosogłos rozpoczyna walkę na dwa fronty.

Rozciągnięty do granic możliwości dyptyk gubi wątki i marnuje potencjał zaangażowanych aktorów. Nazwiska postaci drugoplanowych są imponujące - Woody Harrelson, Philip Seymour Hoffmann, Stanley Tucci - ale na ekranie otrzymują oni błahe linijki. Najbardziej żal mi ostatniej roli Hoffmanna, bo książkowy Plutarch jest głosem rozsądku ukrytym pod maską geniusza propagandy. Błyszczeć na ekranie ma szansę tylko Jennifer Lawerence, która w ciągu trzech lat od premiery pierwszej części "Igrzysk śmierci" stała się gwiazdą z Oscarem. Szkoda, że jej ekranowi partnerzy – Peeta i Gale – są pozbawionymi polotu drewniakami, a błyskotliwi Jena Malone i Sam Claflin zostali zepchnięci na odległy plan.

Nie zawodzi strona wizualna. Spektakularne kostiumy mieszkańców Kapitolu to tylko wisienka na torcie. Rozmachem imponują sceny wojenne. Choć lepsze słowo to "przerażają". Lawrence sprawnie tasuje sceny nalotów z klaustrofobicznymi wędrówkami w kanałach, w których czają się mutanty rodem z "Metra 2033".

Właściwie cały finał "Igrzysk Śmierci" przeobraził się z efektownego kina dla nastolatek w brutalne i sugestywne kino dystopijne. Mimo rozwleczenia scenariusza i czterech epilogów (sic!) w odpowiednich momentach napięcie razi siłą bomby odłamkowej. Brak chemii w wątku romantycznym zamaskowała zupełnie poważna dyskusja o polityce i poświęcaniu w imię idei. Przez cztery lata "Igrzyska Śmierci" dojrzały razem z Jennifer Lawerence i na stałe zapewniły sobie miejsce w sekcji dla dojrzałego kina.

Więcej o filmie: