FILM

Selma (2014)

Recenzje (1)

Akcja rozgrywa się w połowie lat 60., za prezydentury Lyndona B. Johnsona. Martin Luther King (David Oyelowo) organizuje marsz z miejscowości Selma do oddalonego o 87 km Montgomery. Celem jest doprowadzenie do zmian w prawie, umożliwiających wszystkim, w tym czarnoskórym obywatelom Stanów Zjednoczonych, branie udziału w głosowaniach.

Twórcy "Selmy" zrobili dwa kroki, by nakręcić przejmujące, wyraziste dzieło. Po pierwsze wybrali mocny fragment historii Martina Luthera Kinga. Nie rzucili się na całą biografią, nie zarzucali widza kolejnymi osiągnięciami aktywisty. Skupili się na marszu, na walce o prawo do głosowania wolnych obywateli Ameryki i wrogości białych, szczególnie policjantów, co chociażby w kontekście tego, co działo się niedawno w Ferguson okazało się zatrważająco aktualne. Po drugie, do obsady wybrali oszczędnego, opanowanego Davida Oyelowo oraz charyzmatycznych Toma Wilkinsona i niesamowicie irytującego (zamierzenie) Tima Rotha. I to by było na tyle plusów.

"Selma" jest filmem, niestety, przepełnionym kinowymi banałami i dramaturgicznymi frazesami. Ava DuVernay nie drażni, nie wkurza, nie rozjusza, a przecież powinna. Zamiast tego proponuje nam całą furę ckliwości i egzaltacji, symbolicznie wymownych scenek (początek z Oprah Winfrey), sporo histerii (młodzieniec chroni swym ciałem dziadka). Wmusza widzowi kwestię niesprawiedliwości niczym matka obiad 4-letniemu dziecku, a przecież sami powinniśmy to poczuć. Reżyser jest nachalna, wręcz kaznodziejska, do tego stopnia, że czułam się momentami indoktrynowana. Co gorsze, to jedyne emocje, jakie wywołuje. Poza tym, jej obraz nie pozostawia żadnego śladu ani też nie zachęca do głębszej dyskusji. Zaczyna się i kończy, chwilami męczy, nudzi. Tyle.

Ten film porusza ważne, niestety wciąż aktualne problemy, choć dziś mają one inny kontekst. Dla kogoś spoza czarnoskórej społeczności z USA, który do dzieła Avy DuVernay podchodzi bez własnego bagażu emocjonalnego, "Selma" będzie tylko dość przeciętnym melodramatem, który z mniej elitarną obsadą trafiłby do telewizji, a nie walczył o Oscara.