FILM

Silent Hill (2006)

Recenzje (2)

Po raz pierwszy na świecie tytuł „Silent Hill” zaistniał w 1999 roku. Wtedy to firma Konami wypuściła rewelacyjnie mroczną grę o demonicznych mieszkańcach Milczącego Wzgórza. Niemal od razu po ukazaniu się jej na rynku zyskała uznanie milionów ludzi na całym świecie. Do tej pory pojawiło się kilka części tej gry oraz ogromna ilość przeróżnych dodatków i misji specjalnych. Przez wielu miłośników gier komputerowych jest ona uważana za najlepszą horror-grę wszechczasów. To właśnie tak ogromna popularność tego tytułu skłoniła filmowców do zakupienia praw do ekranizacji. Nie było to jednak takie łatwe, ponieważ twórcy gry nie chcieli nawet myśleć o odsprzedaniu tego tytułu na potrzeby kinematografii. Dopiero po pięciu latach twardych negocjacji pomiędzy szefami Konami i reżyserem Christopherem Gansem udało się w końcu dojść do kompromisu i prace na planie filmowym mogły w końcu wystartować z miejsca, a ich efekty końcowe można obecnie podziwiać w kinach.

Rose i Christopher DaSilva tworzyli udany związek małżeński. Ich jedynym nieszczęściem był jednak fakt, iż nie mogli mieć własnych dzieci, dlatego też zdecydowali się na adopcję z sierocińca malutkiej dziewczynki o imieniu Sharon. Niestety, z biegiem czasu dziewczynka zaczęła zapadać na tajemniczą chorobę, która skazała ją na pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Jej przypadłość była zagadką zarówno dla jej rodziców, jak i dla lekarzy. W dzień Sharon wydawała się być normalnym dzieckiem, w nocy zaś pochłaniała ją demoniczna hipnoza, w której jedyne co miało sens to nazwa małego miasteczka Silent Hill. Nie widząc innego sposobu pomocy córce, Rose postanawia zabrać ją ze szpitala i udać się do miejsca przywoływanego przez Sharon w snach. Silent Hill nie było to jednak zwykłe miejsce. W 1970 roku w pobliskiej kopalni wybuchł pożar, który doszczętnie strawił większą część budynków mieszkalnych i pochłonął życie tysięcy mieszkańców. Pomimo upływu wielu lat od tej katastrofy, ogień nie wygasł, i wciąż płonąc pod ziemią, zatruwał pobliskie okolice. To jednak nie powstrzymało Rose przed zabraniem tam córki. Gdzieś w głębi serca wiedziała, że tylko tam może znaleźć odpowiedź na pytanie, co dolega jej adoptowanemu dziecku. Niestety, po drodze dochodzi do wypadku samochodowego. Już przed samym Silent Hill Rose wpadła w poślizg i uderzywszy głową w kierownicę straciła przytomność. Kiedy się ocknęła Sharon nie było już u jej boku. Zrozpaczone kobieta rzuca się w odmęt szaleństwa Silent Hill, aby za wszelką cenę uratować życie córki, wszak Rose wie, że jako matka jest Bogiem w oczach swojego dziecka…

Jak już wspominałem na wstępie tej recenzji „Silent Hill” jest kolejną ekranizacją popularnej na całym świecie gry komputerowej. Niestety nigdy nie miałem okazji, aby zagrać w tą grę, dlatego od razu zaznaczę, że moja ocena „Milczącego Wzgórza” będzie wystawiona tylko i wyłącznie od strony czysto filmowej. Jedyne odniesienia porównujące grę z obrazem Christophera Gansa będą zaczerpnięte z for internetowych i relacji mojego kolegi Sebastiana, który jest wiernym fanem tej gry.

Reżyserem „Silent Hill” jest francuski filmowiec Christopher Gans, twórca między innymi przebojowego „Braterstwa Wilków” z 2001 roku. Reżyser zdawał sobie sprawę z tego, że chcąc nakręcić obraz, który miałby się stać kasowym przebojem, musi myśleć uniwersalnie i dlatego też zdecydował się na liczne zmiany w scenariuszu, które dość znacząco odbiegają od fabuły stworzonej w grze. Oczywiście wszystkie zmiany były konsultowane z szefami firmy Konami, a że wpływ tych korekt na ostateczny odbiór tego obrazu dodawał mu jedynie dramaturgii, nie mieli oni do nich większych zastrzeżeń. W zasadzie uwagę należy zwrócić tylko na jedną bardzo istotną zmianę, czyli obsadzenie w głównej roli kobiety – Rose DaSilva. Ze względu na to, iż krokiem wyjściowym okazała się pierwsza część gry „Silent Hill” głównym bohaterem powinien być ojciec szukający dziecka po opuszczonych ulicach kopalnianego miasteczka. W filmie jednak zabieg zamiany ojca na matkę okazał się plusem, który faktycznie dodaje dramaturgii i osobliwego wymiaru całej tej historii. Rozpaczliwa walka matki o życie dziecka jest faktycznie jedynym „człowieczym akcentem” w tym demonicznym projekcie. Ogólnie „Milczące Wzgórze” jest połączeniem trzech gatunków filmowych: horroru, dramatu i sci-fi. Oczywiście najwięcej jest tu elementów czystego horroru, ale dzięki dodatkom kina sci-fi i dramatu obraz ten znacząco wyróżnia się wśród innych filmów o podobnej tematyce. Niewątpliwie główną siłą tego projektu jest miejsce akcji, czyli tytułowe miasteczko Silent Hill. Mroczne, skąpane w gęstej mgle, pełne ciemnych zakamarków, niebezpiecznych urwisk i przepaści, nasycone trującymi wyziewami z palącej się kopalni, Silent Hill przypomina ziemski przedsionek piekła. Jest to miejsce, w którym nieustannie przeplatają się ze sobą cztery wymiary: przeszłość, teraźniejszość, „mglista teraźniejszość” i „mroczna teraźniejszość”. Choć brzmi to bardzo dziwnie to jednak taka jest prawda. Akcja nieustannie posuwa się do przodu w każdej z tych lokalizacji. Bardzo charakterystyczną cechą całego filmu jest różnorodna kolorystyka, która odpowiednio dopasowana zostaje do poszczególnych wymiarów tej historii. I tak, wydarzenia, które poznajemy w retrospekcjach mieszkańców Silent Hill, ukazane są w wyblakłych kolorach, przypominając zniszczony film archiwalny. Wydarzenia, które odzwierciedlają teraźniejszość realną uchwycone są w bardzo naturalnych i żywych odcieniach. Pozostałe dwa wymiary – mglista i mroczna teraźniejszość – skąpane są odpowiednio w mglistych i bardzo ciemnych barwach. Taki zabieg tworzy unikalny klimat, który udziela się widzom przez cały seans. Ponadto ma się wrażenie, że oglądamy na raz nie jeden, a cztery różne filmy. Dzięki poprawnie zmontowanym kadrom, rozbicie fabuły na cztery części nie wprowadza chaosu, a jedynie wzmaga ciekawość. Świetnie też zatarta jest granica pomiędzy tymi wymiarami, a przejścia pomiędzy nimi sygnalizuje zazwyczaj przerażający dźwięk syren alarmowych zwiastujących nadchodzącą ciemność.

Kolejnym ważnym elementem całej produkcji są demoniczne postaci i świetne efekty specjalne. Oba te elementy dopracowane są niemal do perfekcji i idealnie oddają możliwości techniczne, jakimi dysponuje współczesna kinematografia. W celu jak najwierniejszego oddania ducha gry, reżyser zdecydował, że w mroczne istoty zamieszkujące Silent Hill wcielą się tancerze. Dzięki niezachwianej współpracy zespołu w składzie: projektant Patrick Tatopoulos, specjalista od efektów specjalnych w charakteryzacji Paul Jones, projektantka kostiumów Wendy Partridge, producentka efektów wizualnych Holly Radcliffe i konsultant ruchu Roberto Campanelli, w „Milczącym Wzgórzu” udało się stworzyć unikalną galerię zjaw i demonów. Użyto do tego wszelkich możliwych środków od odpowiednich ubrań począwszy, poprzez świetną pracę kamery, aż po obróbkę cyfrową włącznie. Ten zabieg naprawdę ucieleśnił w filmie takie istoty jak piramidogłowy, demoniczne szare dzieci, bezręki stwór, tajemniczy stróż, krwiożercze karaluchy i zabójcze pielęgniarki. Nie gorzej mają się efekty specjalne odnoszące się do samego miasteczka Silent Hill. Nie jest ono w 100% stworzone w komputerze, ale efekty specjalne były nieodzownym elementem niemal każdego ujęcia. Bez wątpienia najlepszy trickiem filmowców była przemiana Silent Hill, gdy zapadał mrok. Ściany spływające krwią, znikające tynki, rozpadające się ściany… naprawdę imponujący efekt.

Pomimo wielu pozytywnych cech, „Silent Hill” nie jest obrazem pozbawionym wad. Po sieci krąży wiele komentarzy typu, że film ten jest jak dotąd najwierniejszą ekranizacją gry, jednak ja podszedłem do niego z lekkim dystansem. Raz, że w grę nie grałem ani razu i dlatego to jak bardzo pokrywa się on z komputerową batalią wcale mnie nie interesowało, a po drugie podobnym sloganem opatrzony był film „Doom”, który jak wiadomo okazał się finansową porażką (choć mi osobiście bardzo się podobał i oceniam go oczko wyżej niż „Silent Hill”). Elementem, który kuleje najbardziej jest scenariusz. Dla znawców kina może się to wydać niemałym zaskoczeniem, gdyż jego twórcą był laureat Oscara za „Pulp Fiction” Roger Avary. Do pewnego momentu film naprawdę „wkręca widza” i wszystko wydaje się mieć sens, ale im bliżej końca, tym gorzej. Samo wyjaśnienie tajemnicy miasteczka jest tak banalne, że tylko westchnąłem i z niesmakiem ukryłem twarz w dłoniach, nie mogąc uwierzyć, że ktoś mógł tak popsuć zakończenie. Ze względu na to, iż nie grałem w grę nie jestem w stanie powiedzieć ile jest w tym winy Rogera Avary, a ile ludzi odpowiedzialnych za scenariusz gry z firmy Konami. Po prostu końcówka rozczarowuje.

Podsumowując, „Silent Hill” jest produkcją nad wyraz udaną. Pomimo mojej sceptyczności, powstałej na wskutek seansu „dzieł” Uwe Bolla typu „BloodRayne”, „Milczące Wzgórza” zaliczam do grona filmów bardzo udanych. Na pewno jest on kierowany głównie do publiczności młodej, lubującej się w mrocznych opowieściach. „Silent Hill” to przede wszystkim horror, którego najmocniejszą stroną jest klimat, tajemniczość, efekty specjalne, muzyka, aktorstwo oraz wysoce profesjonalne zdjęcia i montaż. Najsłabszą stroną po raz kolejny okazał się scenariusz. To właśnie przez niego kuleje zakończenie i kilka innych mniej istotnych elementów obrazu. Niemniej, zarówno miłośnicy ekranizacji gier, jak i fani horroru, mogą spokojnie sięgnąć po ten obraz i raczej nie powinni się rozczarować. Reasumując, „Silent Hill” to jedna z najlepszych ekranizacji gier, jakimi do tej pory uraczyli nas twórcy filmowi. Dla tego projektu warto poświęcić te dwie godzinki własnego czasu.

Silent Hill - udana ekranizacja kultowej gry

Przyznam się że miałem obawy co do tej ekranizacji, bowiem zbyt wiele dobrych gier dostawało adaptację filmową, której jakość i treść pozostawiały jedynie niesmak i poczucie że filmy te były robione jedynie dla kasy. Po obejrzeniu "Dooma" byłem wręcz zrozpaczony i z tym większym niepokojem czekałem na "Silent Hill". Gdy film wszedł do kin od razu kupiłem bilet (mieszkam tymczasowo w Anglii) i wybrałem się na seans. Teraz po obejrzeniu filmu mogę śmiało powiedzieć, że potencjał tkwiący w serii gier "Silent Hill" nie został zmarnowany. Scenariusz filmu mocno bazuje na dwóch pierwszych (moim zdaniem najlepszych) częściach gry. Film od samego początku do napisów końcowych nie daje odpocząć nerwom, ani, co jest również ważne, szarym komórkom. Nieczęsto bowiem się zdarza, że horror oprócz straszenia zmusza do myślenia. Wspaniałe sceny i dekoracje tworzą klimat wszechobecnego zła, a muzyka skomponowana przez Akiro Yamaoka doskonale współgra z wizualną otoczką. Gdy Rose przemierza miasteczko kamera ukazuje jej wędrówkę w taki sposób, że ma się wrażenie, iż jest ona obserwowana nie przez obiektyw, ale przez setki oczu przypatrujących się jej poczynaniom. Nie będę opisywał fabuły, gdyż nie chce spojlerować, mogę jedynie napisać, że po obejrzeniu filmu będziecie o nim myśleć i szybko nie zapomnicie o Cichym Wzgórzu. A dla fanów serii powiem, iż w filmie znaleźć można wiele smaczków, które odkryć i docenić będą mogli tylko ci co grali w "Silent Hill". Pozostali widzowie jednak również się nie zawiodą, gdyż film potrafi przestraszyć i stworzyć klimat grozy porównywalny z klimatem japońskich horrorów pokroju "Kręgu" i "Dark Water". "Silent Hill" jest pozycją obowiązkową dla fanów serii i wartą polecenia wszystkim miłośnikom horrorów. Absolutny Must Have!!

Więcej o filmie: