FILM

Blue Jasmine (2013)

Inne tytuły: Sinine Jasmiin

Recenzje (2)

"Blue Jasmine" triumfalnie kroczy przez amerykańskie ekrany i budzi zachwyt krytyków, dostrzegających w bohaterach nawiązania do Tennessee Williamsa i jego "Tramwaju zwanego pożądaniem". Tym razem mistrz skupia uwagę nie na związkach damsko-męskich (choć z ich portretu nie rezygnuje), a na bardziej skomplikowanych relacjach społecznych, kryzysie ekonomicznym i moralnym. Spostrzega wiele, ale niemal nic, czego jeszcze byśmy nie wiedzieli.

Barwna, acz wyjątkowo antypatyczna postać tytułowej Jasmine to zdecydowanie największa siła nowego dzieła Allena. Artysta z pomocą grającej brawurowo Blanchett kreśli niezmiernie ciekawy portret kobiety nie na skraju załamania nerwowego, ale w samym jego centrum. To bohaterka, która garściami połyka kolejne pigułki Xanaxu i popija je Martini, popada w bezdech i zaczyna mówić do siebie na środku ulicy i w samolocie. Poznajemy ją w momencie, gdy postanawia rozpocząć swoje życie na nowo - po utracie męża i całego majątku leci z Nowego Jorku do ubogiej siostry w San Francisco. Przez lata żyła w mydlanej bańce luksusu i z niechęcią przyznawała się do rodziny z innej klasy społecznej. Dla "mieć" przymykała oko na rozgrywające się obok niej przekręty i oszustwa. Nie wierzyła, że jest zdradzana. Organizowała przyjęcia i prawiła komunały w czasie wypraw do Europy. Teraz pozostało jej tylko kilka ekskluzywnych garsonek i walizki Louisa Vuittona oraz ocean wspomnień i złudzeń, których trzyma się kurczowo jak tonący brzytwy. Bo Jasmine to nieuleczalna egoistka i mitomanka, której ambicje i oczekiwania znacznie przewyższają jej umiejętności i możliwości, nieszczęśliwa na własne życzenie.

O ile Jasmine zachwyca swoją wielowymiarowością i rozhisteryzowaniem, a nawet egocentryzmem i pozerstwem, o tyle pozostali bohaterowie "Blue Jasmine" narysowani zostali grubą kreską. Przypominają bardziej figury scenariuszowe, będące jedynie tłem, a nie żywymi ludźmi, z którymi Jasmine może wchodzić w prawdziwą interakcję. Wypowiadają dobrze znane nam kwestie i są przewidywalni w swoich decyzjach. Grający ich aktorzy są znakomici, ale te postacie, po prostu, nie bronią się. Są nazbyt stereotypowe.

Stereotypowe są również wnioski, które płyną z ekranu. Bogactwo psuje, egoiści zawsze egoistami pozostaną, a prawdziwe wartości i szczerość można odnaleźć już tylko wśród ludzi z tzw. klasy robotniczej. Cynik Allen oferuje wyjątkowo płaski komentarz społeczny. Choć Blanchett jest w "Blue Jasmine" wielka, a Sally Hawkins sympatyczna, nie potrafię bezkrytycznie zachwycić się tym filmem.

Żyjąc iluzją

Jasmine (Cate Blanchett) w nowym filmie Woody Allena „Blue Jasmine” jawi się nam jako elegancka, zamożna dama, żyjąca z przystojnym i miłym mężem Halem (Alec Baldwin). Przyjeżdża odwiedzić swoją siostrę Ginger (Sally Hawkins), mającą za chłopaka nieokrzesanego Chili (świetny w tej roli Bobby Cannavale). Szybko jednak okazuje się, że bohaterka nie jest wcale tak wytworna jakby się mogło wydawać, jej mąż nie jest taki miły, a pozornie głupi Chili potrafi być trafnym obserwatorem.
Tak jak okazuje się, że nie jest to wcale komedia, a dramat obyczajowy o zawiedzionych nadziejach, życiu iluzją i pozorami.
Mimo emocjonalnego aktorstwa Cate Blanchett, która stara się pokazać Jasmine od ludzkiej strony, bohaterka niekoniecznie wzbudza sympatię. Jest to egoistka, snobka, która nigdy nie pracowała i za wszelką cenę pragnie żyć w luksusie, krytykuje partnera siostry za prostactwo, nie patrząc, że sama wciąż jest pod wpływem alkoholu i leków.
Pokazany jest także jej wpływ na siostrę, która także postanawia zmienić swoje życie, jak próbuje być w końcu samodzielna i poznaje pewnego polityka…
Film ogląda się dobrze, jest nieco w staromodnym stylu, piękna scenografia i rekwizyty, wytworne przyjęcia… Nie jest też jednak specjalnie odkrywczy, pasjonujący, czy poruszający. Bohaterowie prócz Chili nie wzbudzają specjalnej sympatii, a relacje między nimi są dość spłycone jak zaledwie zaznaczony wątek z synem, małżeństwa Jasmine. Niektóre sceny są za to zbyt rozbudowane, za wiele czasem przegadania i dłużyzn. W sumie ani to komedia, ani porządny dramat, który czegoś specjalnie uczy czy porusza.
Ale ogląda się dobrze i jest to całkiem sprawne i niezłe kino.