FILM

Lincoln (2012)

Recenzje (1)

Pisanie, że dane dzieło nie jest dla wszystkich to truizm. Nie znalazł się jeszcze taki, który dogodziłby wszystkim. Nawet Steven Spielberg. W przypadku jego najnowszego obrazu, wyjątkowo to stwierdzenie pasuje. To bowiem film naprawdę dobry, z potężnym arsenałem atutów, a jednak to historyczno-polityczna tyrada. Kogo nie interesuję 13. poprawka do konstytucji Stanów Zjednoczonych, z trudem dostrzeże zalety "Lincolna". Prezydent jest bowiem na równi bohaterem, co czasy, w których żył. To nie tylko opowieść o wybitnym polityku, mężu stanu, ale szczegółowo przytoczona lekcja historii. Choć lekcja ważna i interesująca.

Wszyscy, którzy nie mają jednak alergii na trzepoczącą flagę, wojenne dramaty, układy władz, z zaciekawieniem będą śledzić polityczną przeprawę, która doprowadziła do zniesienia niewolnictwa. Oczywiście jest patos, są wyraziste symbole, pełne okrągłych zdań przemowy. Spielberg dość zgrabnie równoważy je emocjami. Chodzi tu zarówno o wzruszenia, thrillerowe napięcie (okazuje się, że scena głosowania nie musi być nudna), jak i codzienne irytacje, strach, nerwy. Udaje mu się też wprowadzić, z niemałą pomocą Tommy'ego Lee Jonesa, nieco humoru. Skoro już przy nim jesteśmy, trzeba wspomnieć o genialnej obsadzie. Reżyser zebrał wielu znakomitych aktorów (Jones, Joseph Gordon-Levitt, David Strathairn, Michael Stuhlbarg), którzy stworzyli bardzo wyraziste, mocne postaci, w centrum niezmiennie pozostaje Daniel Day-Lewis. Jego Abraham Lincoln to człowiek z krwi i kości. Nieustannie opowiadający anegdoty, kłócący się z żoną, bawiący z młodszym synem, zatroskany losem starszego, współczujący, prawy, sprawiedliwy, ale i stanowczy, nieustępliwy. Głowa rodziny i wielki polityk.

Pisałam, że "Lincoln" to lekcja historii. Owszem, acz niemal modelowa. Spielberg pokazuje, że historia to nie suche fakty, szereg dat i nazwisk. To seria zależności, złożonych procesów, wielkich idei i maleńkich, jednostkowych decyzji.