FILM

Silent Hill: Apokalipsa 3D (2012)

Silent Hill: Revelation 3D
Inne tytuły: Silent Hill 2

Recenzje (1)

Heather Mason (Adelaide Clemens) wraz z ojcem (Sean Bean) przez całe życie ucieka przed tajemniczymi ludźmi. Ciągle zmieniając miejsce zamieszkania próbuje się przystosować do beznadziejnej sytuacji w jakiej się znalazła. Nie rozumie wielu rzeczy, nie wie kim są źli ludzie przed którymi się ukrywają i czego od niej chcą. Nie wie co znaczą mroczne sny i dlaczego zawsze pojawia się w nich miasteczko Silent Hill. Wie tylko to, że musi uciekać gdyż czyha na nią niebezpieczeństwo z którym nikt z żyjących sobie nie poradzi. Niestety zło jest coraz bliżej i tylko kwestią chwil wydaje się konfrontacja w nim. Gdy z domu znika jej ojciec, a ślad wiedzie właśnie do Silent Hill, Heather wraz z nowopoznanym chłopakiem Vincentem (Kit Harington) wyrusza na poszukiwanie miejsca, w którym być może uda jej się rozwiązać wszystkie dotychczasowe problemy.

Za kontynuację „Silent Hill” niemal w całości odpowiadał Michael J. Bassett, twórca którego bardzo cenię, i który do tej pory jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Gdy wspominam sobie takie tytuły jak „Dolina cieni”, „Wściekłość”, czy „Solomon Kane: Pogromca zła” od razu gdzieś na ciele pojawiają się ciarki. Ten przyjemny dreszczyk emocji bez problemu pojawiający się w każdym z tych produkcji śledzi mnie niczym zło naszą tytułową bohaterkę jego najnowszej produkcji. Co z tego, skoro podczas seansu dreszczyk ten zupełnie mnie opuścił, zostawił samego i już pewnie nigdy nie powróci. Bo gdyby padło na jakikolwiek inny tytuł może byłbym wstanie z czasem wybaczyć panu Bassettowi, że nie sprostał zadaniu, ale tutaj chodzi o „Silent Hill”, uniwersum absolutnie kultowe, które równie dobrze potrafiło przerazić mnie w filmie Christophera Gansa jak i każdej z gier z tej serii w jakie dane mi było zagrać. Dlatego wyrok na tym twórcy będzie surowy i jednoznaczny bo z dzieł kultowych nikt nie może sobie robić żartów!

A żartem całkiem śmiało można nazwać cały ten film. Już scena otwierająca kazała mi zadać sobie pytanie czy ja gdzieś przez przypadek nie pomyliłem sal kinowych. Przerażona dziewczyna ucieka przez wesołe miasteczko przed tajemniczymi oprawcami, a według niej najlepszym miejscem aby nie dać się złapać jest… pomału kręcąca się karuzela. Pierwszy „zonk” i pierwsze poważne ostrzeżenie przed scenariuszowym absurdem. Niestety jest to pierwsza, ale zdecydowanie nie ostatnie wpadka twórców. Jak już nadmieniłem w obrazie tym ciężko jest doszukać się jakichkolwiek pozytywnych stron. Scenariusz dosłownie przypomina tu ser szwajcarski. Heather ucieka, chowa się i nagle spostrzega że to tylko jej wyobraźnia, Heather ucieka, chowa się i nagle my dowiadujemy się, że jest to sen, Heather ucieka, chowa się i tak w kółko. Najgorsze jest jednak to, że każda akcja jest schematyczna i podobna do poprzedniej, przez co wszystko wygląda jak koszmarnie zmontowane deja vu. Pan Bassett obiecał wszystkim fanom, że jego Silent Hill będzie wiernie odzwierciedlał uniwersum znane z gry. Ja się tylko spytam, czy w ogóle reżyser miał szansę zagrać w jakąkolwiek grę z tej serii, bo zdecydowanie to co zobaczyłem na ekranie mi z żadną się nie kojarzyło. Błędów w kreowaniu zarówno bohaterów jak i świata jest tak dużo, że raczej na pewno nie zdołałbym ich wszystkich wyliczyć, co łatwo można zrozumieć jako brak wiedzy na temat mrocznego miasteczka spowitego mglistym dymem palącej się kopalni.

W tym wszystkim zagubili się też aktorzy. Poza dobijającą mnie główną postacią, mało znaną Adelaide Clemens, która przez cały film sprawnie pracowała nad moim rozstrojem żołądka, na największe potępienie zasługuje dzielnie partnerujący jej Kit Harington. Na dzień dzisiejszy ta ekranowa para jest moim typem w wyścigu po Złotą Malinę. Ich sztuczność od połowy seansu sprawiła, że zacząłem kibicować wszystkim złym marą czyhającym na nich w mrokach Silent Hill. Troszkę lepiej ale też bez jakiegoś błysku jawi się nam znany z części pierwszej Sean Bean. Jest to aktor zaprawiony w zawodzie, ale w tym co przyszło mu tu zagrać po prostu nie mógł wypaść dobrze i wiarygodnie. Jeszcze gorzej miały jednak dwie inne gwiazdy tej produkcji czyli Carrie-Anne Moss i Malcolm McDowell, którym w spadku przypadły po dosłownie dwa epizody. Powiedzcie mi więc proszę po co było zatrudniać znane nazwiska skoro wykorzystanie ich scenowego potencjału zostało tu sprowadzone odpowiednio do 5 i 3 minut?

Już wiele razy w 2012 roku zdarzyło mi się pisać, że jakiś tytuł niestety jest sporym rozczarowaniem. Robiłem to jednak zupełnie obojętnie bo jak nie czekasz szczególnie na coś to w sumie wszystko ci jedno, co z tego wyjdzie. Niestety na „Silent Hill: Apokalipsa 3D” czekałem i to bardzo, dlatego tak boli to, co twórcy zaprezentowali nam w kontynuacji naprawdę rewelacyjnego filmu z 2006 roku. Pewne rzeczy mogę się nie udać, ale jeżeli ktoś dysponuje tak znakomitym zapleczem jak kolejne gry z tej serii i uniwersum, które przeraża samo w sobie to ja się pytam jak można zepsuć coś takiego i to w całości? Przecież to jest katastrofa, która swoje odbicie znalazła nie tylko w recenzjach krytyków i widzów, ale także w wynikach finansowych. Produkcja ta nie była droga ($ 20 mln), ale zwróciła się ona tylko dzięki znakomitym wpływom z Rosji, gdzie niemal każdy film wyświetlany w 3D okazuje się hitem. W sumie produkcja ta zarobiła $ 33 mln, co pozwoliło jej zwrócić koszty produkcji, ale już pieniędzy wydanych na promocję niestety nie. Dziwić się temu nie można szczególnie jeżeli ktoś pamięta znakomitą pracę Christophera Gansa. Dlatego nie zachęcam nikogo do zapoznania się z losami bohaterów tej historii. Doza niedorzeczności i absurdu jest tu tak duża, że aż głowa boli. Poza tym tylko muzyka, która została wykorzystana z części pierwszej naprawdę oddaje ducha miasteczka Silent Hill. 3D jest bardzo słabe i zupełnie niepotrzebne w tak ciemnym obrazie, a wrzucanie doń na siłę efektów pod tę technologię jest całkowitym bezsensem. Aktorzy wypadają kiepsko, bo zwyczajnie scenariusz nie dawał im możliwości rozwinięcia skrzydeł, a żeby było śmieszniej dwójka głównych postaci jest tu tak drewniana, jak legendarny dąb Bartek. Po prostu omijajcie ten film z daleka.

Więcej o filmie: