FILM

Mr. Nice (2010)

Recenzje (1)

Handlarz narkotyków, a zarazem nauczyciel i absolwent Oksfordu, MI6 i meksykańska policja, IRA oraz hinduski kartel, a na dodatek swinging London i śliczna Chloë Sevigny. Takie są składowe obrazu "Mr. Nice". Wydawać by się mogło, że mając w ręku takiego samograja - niesamowitą, opartą ma faktach historię jednego z najbardziej poszukiwanych przestępców w Wielkiej Brytanii nie można za wiele schrzanić. Błąd.

W głowie mi się nie mieści, jak tak ciekawą opowieść można przekazać w tak nudy sposób. Zamiast wciągającej intrygi, mamy serię pseudoartystycznych narkotykowych wizji z wijącym się dymem i pulsującymi barwami oraz pozbawionych wyrazu, za to nakręconych w slow motion, bądź w czerni i bieli ujęć. Zakładam, że takie właśnie było zamierzenie twórcy, Bernarda Rose'a, który bardziej niż film o handlarzu i zbiegu, chciał nakręcić napędzany (czy też spowalniany) narkotycznymi oparami surrealistyczny, niepozbawiony absurdu twór. Kolorową, przepuszczoną przez filtr swej bujnej wyobraźni wariację autobiograficznej książki Howarda Marksa. Zamysł może i niezły, warto pochwalić za niesztampowe podejście do tematu, ja niestety tego nie kupuję. Może Rose przesadził ze środkami wyrazu, tendencyjnym soundtrackiem ("God" Johna Lennona), może niekoniecznie dobrze dobrał aktorów (między Sevigny i bądź co bądź znakomitym Rhysem Ifansem kompletnie nie iskrzy), koniec końców wyszło niebezpiecznie ocierające się o pretensjonalność dzieło.

Więcej o filmie:


https://vod.plus?cid=fAmDJkjC