FILM

Moja krew (2009)

Inne tytuły: My Flesh, My Blood

Recenzje (1)

Bohaterem jego filmu jest zawodowy bokser, który w jednej z walk odnosi poważne obrażenia. Lekarze i trener zabraniają mu wrócić na ring. Mężczyzna nie wie, co dalej zrobić ze swoim życiem. Do tej pory istniał tylko boks. Postanawia pozostawić po sobie coś trwałego - dziecko. Tylko, że trudno mu znaleźć chętną do jego urodzenia.

Porównanie do ubiegłorocznego przeboju, "Zapaśnika" Darrena Aronofsky'ego, aż się samo nasuwa. W obu przypadkach jedyną prawdziwą lokomotywą jest kreacja odtwórcy roli głównej. Eryk Lubos jako sponiewierany pięściarz, któremu w przyspieszonym tempie przychodzi dojrzeć, budzi zachwyt. Sceny z jego udziałem kipią zwierzęcą energią, czystym testosteronem, a gra zdaje się być oparta na szczerym instynkcie. Złote Lwy ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni to najmniej, co aktor powinien otrzymać za rolę. Postać kreowana przez Lubosa, w przeciwieństwie do amerykańskiego zapaśnika, nie budzi empatii. Wina leży paradoksalnie w scenariuszu. W momencie gdy widz otrzymuje szansę pochylenia się nad losem boksera, następują niemiłosierne dłużyzny, wynikające z przeplatania się zbyt wielu wątków. Choroba pięściarza, który nie może wejść już na ring, problemy wietnamskiej mniejszości w Polsce, próba ratowania przez boksera starej przyjaźni. To wszystko pojawia się w tempie skokowym. Niejednokrotnie można odnieść wrażenie, iż kolejnym scenom brakuje powiązania przyczynowo-skutkowego. Przez to przemiana głównego bohatera jest niestety papierowa, a co za tym idzie, trudno się nią wzruszyć.

"Moja krew" to szkic do męskiego kina, którym zachwyciłyby się kobiety. Wspomniany kipiący testosteron czy brutalność to jedynie ochrona przed zranieniem dotkliwszym od ciosów na ringu. Wewnętrzna walka jaką toczy główny bohater jest bowiem dużo ciekawsza niż okładanie się fizyczne. I na szczęście to wrażenie pozostaje dominujące po seansie "Mojej krwi".

Więcej o filmie: