FILM

Samotny mężczyzna (2009)

Single Man, A

Recenzje (1)

Obraz Toma Forda ukazuje jeden dzień z życia George'a Falconera, profesora uniwersyteckiego, który nie może pogodzić się z tym, że właśnie stracił swoją wielką miłość.

Odbierając nagrodę BAFTA za główną rolę w tym filmie, Colin Firth zdradził, iż miał już wysłać odmowny mail do Forda, gdy przyszedł facet, by naprawić lodówkę. Wizyta fachowca dała aktorowi czas na przemyślenie decyzji, którą ostatecznie zmienił. I chwała mu za to. Nie od dziś wiadomo, że Anglik jest zdolnym aktorem, ale nieszczęsny pan Darcy gdzieś zawsze nad nim wisiał. Tom Ford i jego "Samotny mężczyzna" sprawił, że po bohaterze Jane Austen zniknął wszelki ślad. Kreacja Firtha jest po prostu doskonała. Oszczędna, ale na swój sposób bardzo ekspresyjna. Dramatyczna, ale nie melodramatyczna. Nie mówiąc, że w rogowych oprawkach wygląda jak Mastroianni. Jego udział w filmowym debiucie projektanta mody jest niewątpliwie jednym z największych atutów dzieła, acz na pewno nie jedynym.

Znając codzienny fach reżysera nie trudno się domyślić, że wizualna część obrazu to krawiecka robota. Fantastyczne wnętrza, wspaniałe fryzury, perfekcyjne makijaże, stylowe samochody z drewnianymi wykończeniami. Ogrom detali, choć nie ma mowy o przepychu. Wszystko jest bardzo proste, stonowane, bez zbędnych ozdobników. Twórca przepięknie bawi się kolorami, oddając emocje George'a. Zamiłowanie do szczegółu niestety nieco zgubiło Forda za kamerą. Zbliżenia kącików ust, powolne ruchy kamerą, mocne wyeksponowanie muzyki z czasem zaczynają przytłaczać i mamy do czynienia z typowym przejawem przerostu formy nad treścią. Piękna historia, którą snuje ambitny twórca (Tom zaadaptował scenariusz i wyprodukował film) zaczyna się rozmywać, błądzić.

Wątek, a raczej problem tolerancji związków homoseksualnych w amerykańskim społeczeństwie lat 60. został zaledwie zasygnalizowany. Załóżmy jednak, że Ford chciał skupić się na jednostce. Pokazać cierpienie po stracie bliskiej osoby. Udało się to wyłącznie dzięki Firthowi. Wątpię, by mniej utalentowany aktor potrafił z pustki, którą pozostawił projektant zbudować tak przejmującą walkę z obezwładniającym bólem i bezsensem życia codziennego.

Jako debiutant Tom Ford na pewno nie ma się czego wstydzić, szczególnie przy ogromie obowiązków, które na siebie wziął. Dał nam cudowną opowieść o tym, jak drobiazgi potrafią rozjaśnić nawet najbardziej ponury dzień, jak ważni są przyjaciele, i jak jeden człowiek potrafi zmienić nasze życie, które - jak się okazuje - jest pełne ironii. To piękny obraz, któremu zabrakło nieco głębi, by był olśniewający nie tylko na zewnątrz.