FILM

Miłość na zamówienie (2006)

Failure to Launch

Recenzje (2)

Bohaterem filmu jest Tripp (Matthew McConaughey), który mimo iż dawno skończył 30 lat, nadal mieszka z rodzicami. Ci pragnąc, aby ptaszek opuścił wreszcie gniazdo, rezygnują z subtelnych posunięć i wynajmują profesjonalistkę. Atrakcyjna Paula (Sarah Jessica Parker) ma nie tylko wywabić z domu na kilka godzin maminsynka, ale używając swego czaru wyprowadzić go całkowicie od rodziców, co się jej udaje... do pewnego momentu.

Punkt wyjścia scenariusza jest niezwykle interesujący i inspirujący szczególnie dla osób, które mają problemy z usamodzielnieniem się. Koncept psuje jednak wykonanie, bowiem na "Miłość na zamówienie" składają się ograne motywy, sprawdzeni bohaterowie i niemal wyciągnięci z reklamy pasty do zębów odtwórcy głównych ról. Przez przewidywalną i banalną fabułę oraz poprawną, ale pozbawioną "ekranowej chemii" grę aktorską, film ani nie śmieszy, ani nie wzrusza. Za dużo w produkcji Toma Deya wyrachowanej kalkulacji, a elementy komediowe trącą żenadą. Ich stałym elementem są bowiem zwierzęta, które wciąż atakują głównego bohatera. Po napaści ze strony przerośniętej wiewiórki, delfina i jaszczurki widz zaczyna obstawiać na jakiego następnego agresywnego przedstawiciela fauny natrafi nieporadny maminsynek. I to jedyna prawdziwa rozrywka jakiej dostarczają widzowi twórcy filmu.

Nie zmienia to faktu, iż po obejrzeniu obrazu można odnieść wrażenie, iż jest to kolejny krok dla McConaugheya na drodze ku zostaniu "królem komedii romantycznych". Panie zachwycone jego posturą, falistymi włosami i ujmującym uśmiechem, jakim obdarzał ekranowe partnerki w produkcjach "Sahara" czy "Jak stracić chłopaka w 10 dni", powinny ulec jego czarowi prezentowanemu w całej okazałości również w "Miłości na zamówienie".

Niepoważny romans z bardzo poważnym zwierzyńcem w tle

Atrakcyjni, wolni, poszukujący miłości i wrażeń w życiu, poznają się w sklepie meblowym, umawiają na spotkanie, po którym sypią się następne. Ona mu imponuje (wygrywa zabawę w strzelanie), on ją czegoś uczy (kierowania jachtem), ona go potrzebuje, on czuje się potrzebny (ociera jej łzy, gdy weterynarz usypia psa). Jego koledzy zachwycają się nią, ona go rozumie, bawi się razem z nim, akceptuje rodziców, z którymi on mieszka (poprzednie partnerki, jak oparzone uciekały na wieść o jego sytuacji mieszkaniowej). Ze wszystkiego jest zadowolona, nigdy się nie obraża, nie kłóci. Kobieta o jakiej marzy każdy facet i… jaką każdy może sobie wynająć. Coś jak „Pretty Woman” – tylko, że on jeszcze nie wie, że jest Richardem Gere, a ona trochę bardziej się szanuje od postaci granej przez Julię – jeśli można tak powiedzieć, bo przecież też udaje miłość za pieniądze, a więc jakby nie było prostytuuje się. Ekranowe wcielenie pięknej Roberts sypiało z klientami nie dając im pocałować swoich ust. Paula (Sarah Jessica Parker) przyjęła dokładnie odwrotną zasadę: całuje się do woli, ale nie sypia. Spontaniczne, roześmiane, pełne życia do momentu kiedy przychodzi czas zapłaty i rozrachunku. Okazuje się, że gdzieś się pogubiły, zmieszały udawanie z prawdziwymi emocjami, złamały swoje zasady. Potem żałują (własnej słabości i tego, że dały się wynająć), okazują skruchę, nie chcą pieniędzy. Jak to bywa przy postaciach o podejrzanej moralności: mamy rachunek sumienia, „żal za grzechy”, który jest zwykle jakimś zwrotnym elementem filmu, wewnętrzną analizę i przemianę, negację i odrzucenie – przez samego siebie, czy otoczenie i oczywiście, za sprawą cudotwórczej miłości, powrót na łono godnego życia – w typowej komediom romantycznym scenerii z fanfarami, oklaskami i radością sekundujących.
„Miłość na zamówienie” to takie filmowe wdzianko uszyte z kilku gotowych (nieco spranych) elementów, albo takich powstałych na bazie używanych wykrojów. Nie zachwyca kolorem i fasonem, chociaż nosi się dobrze. Lekkie, wygodne, nie powinno uwierać. Dobrze, że nie na zimowe mrozy, podczas których od wszystkiego oczekuje się wyjątkowych właściwości – zdolnych rozmrozić zdrętwiałe emocje, reakcje (no i oczywiście ciała!). Szczęściem (dla tej produkcji, nie dla rolników) kawałek lata upłynął w upale, byliśmy więc już w drodze do kina rozluźnieni, czasem „przymuleni” i nierzadko roztopieni (dosłownie i w przenośni). Pod wpływem słońca mózg i zmysły mają konsystencję masła, które gładziutko, bez oporów przyjmuje bodźce z zewnątrz. Tak letni widz (zwłaszcza błogi urlopowicz) zareaguje na ten film. Błogim wyrazem twarzy. W gorszej sytuacji mogą być odbiorcy DVD „Miłości na zamówienie”. Warto więc postarać się, żeby to był nie nasz problem.
Tej miłej, dość przewidywalnej historii pazura dodają prawdziwe kły i pazury – z pewnością niemiłe i nigdy przewidywalne. Filmowcy zaangażowali w rolach trzecio, a nawet drugoplanowych bogaty zoologiczny arsenał. Zwierzęta swoim denerwującym sposobem bycia, czy wielkimi zębiskami atakują bezradnych bohaterów. Najgorzej ma Tripp (Matthew McConaughey) – dziabnięty przez delfina, jaszczurkę, podstępne niewiniątko podobne do wiewiórki. Totalny pechowiec, w przypadku którego już nie zdziwiłoby, gdyby w centrum miasta zderzył się z prawdziwym słoniem. Te krótkie sytuacje ze zwierzątkami urozmaicają ekranowe romantic party. Wydają się być takim kołem ratunkowym mającym rozśmieszyć, gdy zawiodą ludzie – ich wzajemne relacje, dialogi… I często właśnie to zadanie spełniają. Odnoszę przy tym wrażenie, że jakoś odrywają się od reszty filmu, nie stanowią z nim równej, zgranej całości, ich obecność jest trochę dziwaczna, nachalna i jakby nie na miejscu – może to drażnić widza, ale co najważniejsze nie nudzić. Wątek, w którym występuje drozd i koleżanka Pauli konkuruje z wątkiem: Paula – Tripp. Nierzadko ten pierwszy bierze górę i z większym zainteresowaniem oczekujemy finału zmagań dziewczyny z upierdliwym ptakiem, niż zabiegów Pauli wynajętej do wyprowadzenia kawalera od rodziców.
Udział Sarah J. Parker u boku Matthew McConaughey nie był do końca trafionym pomysłem. Oboje w równym stopniu pasują do komediowo romantycznych klimatów, lecz z kimś innym w parze byłby lepszy efekt. Sarah sprawia wrażenie zbyt leciwej przy chłopięco rozkosznym Matthew. Wygląda na jakieś 10 lat więcej od niego (choć w rzeczywistości tak nie jest). Świetnie wypadłaby jako jego starsza siostra. Z drugiej strony tak sobie myślę, że warto przełamywać stereotypy, np. schemat pary: on starszy, bardziej doświadczony, ustabilizowany życiowo, ona młodziutka, naiwniutka, słodka, niezdarna blondyneczka (rodem z komedii romantycznej w stylu Meg Ryan, wcześniejszej Goldie Hawn, czy jej córy Kate Hudson). Tu mamy dojrzałą kobietę i rozczulającego blondynka o wyjątkowym pechu, który boi się życia. Dlaczego zawsze pokazywani są mężczyźni z młodszymi partnerkami – i to nie razi. Może wreszcie oswoimy się z widokiem pań przy młodszych od siebie panach? Równouprawnienie?

Więcej o filmie: