FILM

Terminator: Ocalenie (2009)

Terminator Salvation
Inne tytuły: T4: Salvation, Terminator Salvation: The Future Begins, Terminator 4

Recenzje (1)

Niby powinno grać. Świetne zdjęcia, genialne krajobrazy, złowieszcze terminatory z świdrującymi, czerwonymi ślepkami, jak u Eddiego, maskotki Iron Maiden. Sam Worthington jako Marcus Wright równie przystojny, co przekonujący, Moon Bloodgood (filmowa Blair Williams) silna, odważna, seksowna a Christian Bale, czyli nowy John Connor, waleczny i prawy niczym John Rambo z Johnem McClane'em razem wzięci. Common oraz młodziutka Jadagrace też niezgorsi. No i jeszcze najlepszy w całym towarzystwie, bardzo utalentowany Anton Yelchin (choć nie tak rozbrajający jak w "Star Treku"). Niestety, żeby z poszczególnych części stworzyć wartościową całość, trzeba dobrego scenariusza i reżysera z wizją. Przy nowym "Terminatorze" zabrakło i jednego, i drugiego.

Podobnie jak w przypadku ostatniego Bonda, mamy do czynienia z jednym wielkim pościgiem urozmaiconym strzelankami i wybuchami. I trudno właściwie połapać się o co chodzi. Zresztą, w huku nieustających eksplozji przestaje mieć to jakiekolwiek znaczenie. Fakt, że cała historia rozgrywa się za 9 (!) lat też nie pomaga.

Twórcy zapewne znają kultowe części serii (żeby nie było niedomówień - pierwszą i drugą), gdyż pojawiają się pewne elementy nawiązujące do klasyków. Nie zdradzę zbyt wiele wyjawiając, że np. "You Could Be Mine" Guns N' Roses, bowiem wyłącznie na takie banalne, proste zagrywki starczyło im kreatywnych mocy. Niestety umknął im pewien "drobny" szczegół. Tamte obrazy były pomysłowe, ze świetnie nakreśloną historią, wyrazistymi postaciami, wnoszące coś więcej niż szczęk metalu i świst kul. McG myślał chyba, że łzawy dramatyzm i patetyczne kwestie w finale załatwią sprawę, tymczasem jeszcze ją pogorszyły. No i czemu w kolejnym filmie każą Bale'owi mówić dziwnym głosem?!

Owszem, "Terminator: Ocalenie" jest lepszy niż "Terminator 3: Bunt Maszyn", ale każdy, kto nie ma nadmiernych skłonności masochistycznych wymazał to "arcydzieło" kinematografii z pamięci, więc w zasadzie nie ma do czego porównywać. Może gdyby zmniejszono budżet, dopisano kilka dialogów, za kamerą postawiono J.J. Abramsa...

P.S. Kto wybierze się do kina, niech pamięta, żeby nie mrugać, w przeciwnym razie umkną mu muskularne łydki Arnolda.

Więcej o filmie: