O filmach, serialach i gwiazdach filmu nie zawsze poważnie.

Ten, w którym "Przyjaciele" stają się fenomenem.

24 października 2020, J.B.

Friends

"I'll be there for you (...)" - niemal każdy trzydziestoparolatek (i nie tylko!), nie potrafi przeczytać tego zdania nie śpiewając! Ba! Przy okazji, w głowie staje mu obraz szóstki młodych ludzi wygłupiających się w fontannie.
Tak, właśnie tak my - ludzie pokolenia "Y" (i nie tylko! :)) reagujemy na te słowa.
Nawet firma producencka Roberta De Niro, bodajże w 2019 roku (czyli stosunkowo niedawno!), zwolniła pracownika, bo zamiast wykonywać należyte mu obowiązki, przez cztery dni obejrzał 55 odcinków „Przyjaciół”.
Jak to się stało? Za co tak bardzo pokochaliśmy paczkę z Manhattanu, że możemy wałkować ją wciąż i wciąż? Dobre pytanie.

Są z nami od 1994 roku. Ostatni odcinek miał premierę 6 maja 2004 roku. Ponad 16 lat temu. A oni wciąż są. W telewizji, na YouTubie, Netfliksie. Ciągle oglądani, ponadczasowi. Bawią, wzruszają i zachwycają. Dlaczego żaden ze współczesnych seriali ich nie wygryzł? Dlaczego na przykład, tak popularne dziś "Stranger Things", czy inne "Riverdale" ich nie zakasowało?
Może dlatego, że "Friends'i" nikogo nie dyskryminowali i nie narzucali "stylu życia mniejszości" swym odbiorcom? Byli zwykli, normalni, odrobinę zagubieni w wielkim świecie.
W tym też okresie, właśnie w latach 90-tych przypadły pierwsze lata wolności dla nas, Polaków. Zachłystywaliśmy się możliwościami, które nagle się przed nami otworzyły, wiele rzeczy było zupełnie nowych, aż wydawały się nieprawdopodobne. A "Przyjaciele" na porządku dziennym przechodzili do wielu kontrowersyjnych spraw. W taki sympatyczny, naturalny sposób. Bez zbędnej otoczki, która wielu tematom towarzyszy do dziś. W ich życiu przewijały się różne historie, już wtedy uczestniczyli w zawieraniu małżeństw homoseksualnych, mieli w bliskiej rodzinie osoby po zmianie płci, czy nawiązywali bliskie relacje z osobami o odmiennym kolorze skóry. I to wszystko bez zbędnych afer, komentarzy, czy wyolbrzymionego zdziwienia. A należy tu zaznaczyć, że w czasie, gdy "Friends'i" rozpoczynali swą drogę w telewizji, programy z udziałem Afroamerykanów z marszu były traktowane jako kierowane tylko i wyłącznie do czarnej widowni. Znakomitym przykładem jest chociażby sitcom "Bill Cosby Show", który nawiasem mówiąc, jest świetny.

Odbijając już od kontrowersyjnych spraw, które nie były wątkiem wiodącym serialu, to z przymrużeniem oka można stwierdzić, że dzięki niemu właśnie, jako fani dowiedzieliśmy się wielu istotnych rzeczy. Choćby, że gdy chcemy sprzedać szafę, nie należy sprawdzać, czy się do niej zmieścimy przy potencjalnym kupcu, że nie powinniśmy kłamać w CV (szczególnie w sprawach znajomości języków obcych!), czy że wybielanie zębów tuż przed pierwszą randką jest słabym pomysłem. Znamy też na pamięć wszystkie, bądź, co bądź, infantylne piosenki Phoebe, których na dobrą sprawę nie można nawet nazwać muzyką. Jednak z uśmiechem na ustach, wyrwani w środku nocy, bez zająknięcia, będziemy potrafili zaśpiewać: "Smelly cat, smelly cat What are they feeding you? Smelly cat, smelly cat It's not your fault!" :) I zrobimy to z uśmiechem na ustach!
Tak naprawdę, gdy bierzemy pilota i włączamy odcinek, zaczynamy żyć życiem tych 6 osób. Zupełnie różnych, trochę z innych światów, ale uzupełniających się w każdym calu. Dzielimy ich emocje podczas zabawnych, wzruszających, ale też przykrych chwil. Pomimo bardzo rozległych doświadczeń, nasi bohaterowie nie pouczają (przynajmniej nie w nachalny sposób), ani nie oceniają. Nie szkalują nikogo za odmienne zdanie ani decyzje. Ich perypetie uświadamiają nam w delikatny i wyważony sposób, że czasem nie wystarczy sama, choćby wielka miłość, płynącą i z dwóch stron, by stworzyć coś trwałego i niezniszczalnego. W tym wszystkim są jednak tak cudowni, że nie pozwalają nam się załamywać, bo w najgorszych chwilach są dla siebie ostoją.

Owszem, to wszystko jest wspaniałe, ale czy tak nadzwyczajne i wyjątkowe, by pozwoliło odnieść taki światowy sukces? Przecież powstało mnóstwo nowszych seriali, sitcomów w podobnym tonie. O paczce znajomych, którzy wspólnie wkraczają w dorosłość. Co takiego więc mają w sobie Ci, nie ukrywajmy, trochę zacofani już "Przyjaciele"? Ano właśnie, może to, że pokazują świat realny. Ten bez internetu, bez smartfona, bez relacji ze śniadania na "insta". I pomimo, że już bez tego ciężko byłoby nam w życiu, to tęsknimy i z nostalgią wspominamy czas, gdy byliśmy od technologii wolni, wpadaliśmy do znajomych bez uprzedzenia i zawsze byliśmy mile widziani. To chyba właśnie przez to te "współczesne", zbliżone produkcje, chociaż uwielbiane, są i tak daleko w tyle. Idealnym przykładem jest "Teoria wielkiego podrywu". Trzy kobiety, trzech mężczyzn. Przyjaźnie i miłości. Wzloty i upadki. Tyle, że przy akompaniamencie techniki.

Wygląda więc na to, że właśnie ta "prawdziwość" sprawia, że młode, niedoświadczone pokolenia nadal zakochują się w "Przyjaciołach", a dzisiejsi "trzydzieści", czy i "czterdzieści plus", z nutką nostalgii wracają co i rusz, do znanych, często już na pamięć, odcinków.