O filmach, serialach i gwiazdach filmu nie zawsze poważnie.

Luc Besson (nie) powrócił - recenzja filmu "Anna"

29 czerwca 2019, Wiola Nowak

Kadr z filmu 'Anna' Luca Bessona

"Anna" Luca Bessona zaledwie wczoraj pojawiła się na dużych ekranach, a już doczekała się wielu porównań - do "Nikity", "Czerwonej jaskółki", "Lucy" czy "Atomic Blondie". A nawet miana uboższej siostry Johna Wicka. Film na długo przed premierą narobił sporo szumu w mediach. Zwiastun zapowiadał się naprawdę obiecująco, toteż fani mistrzowskiego "Leona Zawodowca" czekali na spektakularny powrót kultowego francuskiego reżysera. Genius is back, ale w starej, dobrze już wszystkim znanej wersji, która nie powala na kolana, ale fana gatunku powinna zadowolić. Niespełna dwugodzinny seans pomimo całej swej szablonowości płynie wartko i przyjemnie. Szczegóły poniżej.

Zimna wojna trwa, w ZSRR komunizm ma się fantastycznie. Rosyjski wywiad okazuje się być sprytniejszy od amerykańskiego - podczas jednej z akcji w ręce Sowietów wpadają szpiedzy z USA. Gdyby na sali znalazł się jakiś nieświadomy ówczesnych realiów widz, twórcy serwują kilka bezlitosnych scen, by wszyscy wiedzieli z czym je się KGB oraz czego można się po tej instytucji spodziewać. Wszystkiego najgorszego. To właśnie w jej szeregach ma stanąć tytułowa Anna Poliatova. Śliczne dziewczę o słowiańskiej urodzie, niewinnej buźce i figurze modelki, które z bazarowej sprzedawczyni matrioszek przemieni się w rządową maszynkę do zabijania. W czasie pierwszej, "testowej" akcji głównej bohaterki krew leje się litrami, a trup ściele się na tyle gęsto, że aż czuć w powietrzu Tarantino.

Najpierw jednak na moskiewskim targu naszą główną bohaterkę (nieprzypadkowo) upoluje pewien francuski łowca talentów, a następnie zabierze wprost do światowej stolicy modelingu. Anna mimo młodego wieku i trudnej, patologicznej przeszłości bez trudu odnajdzie się na paryskich salonach, uwiedzie swoją egzotyczną koleżankę z branży (obowiązkowe wątki LGBT oraz no racism - zaliczone), odniesie zawodowy sukces, a przy tym z powodzeniem poderwie grube ryby światowego biznesu. Na koniec, oczywiście, je odstrzeli. W końcu takie jest jej zadanie. W pewnym momencie sprawy zaczną mocno się komplikować, a panna Poliatova będzie musiała podjąć decyzje, po której stanie stronie. Od tego będzie zależało jej dalsze życie oraz upragniona wolność.

"Annie" jednego nie można odmówić. Świetnego aktorstwa. Obok uroku i talentu Sashy Luss nikt nie przejdzie obojętnie. Co ciekawe ta rosyjska modelka dopiero drugi raz wystąpiła na dużym ekranie. Besson ryzykował, ale okazuje się, że wybrał dobrze. Gratulacje. Twórcy ewidentnie postawili na akcję niż rozbudowanie portretu psychologicznego agentki. A szkoda, bo część tych schematycznie zbudowanych "strzelanek" i potyczek można było nadrobić psychologią postaci. Mimo to Luss zbudowała bohaterkę ultrakobiecą, temperamentną, inteligentną, zdecydowaną, skuteczną, zmotywowaną. Ile pań dzięki niej wyjdzie z seansu z większą pewnością siebie? Przypuszczam, że sto procent. Ale to nie jedyna postać żeńska, która wryje się w pamięć po seansie. Cieniem Anny jest Olga, zagrana przez Helen Mirren. Doświadczona, odpychająca swą aparycją urzędniczka KGB wiernie śledzi każdy ruch swojej podwładnej. Tak jak i ona ma plan, by osiągnąć wyznaczony cel. Wielokrotnie wystawia ją więc na śmiertelną próbę, by zaraz okazać odrobinę solidarności. (Welcome in women's world.) Świetnym tłem dla pań okazuje się być duet Luke Evans (reprezentant KGB) - Cillian Murphy (doświadczony zawodnik CIA). Każdy na swój sposób męski, intrygujący i... niezbyt odporny na kobiecy wdzięk. Ich postaci są mało wyraziste w porównaniu do koleżanek z planu, ale przypuszczam, że to zamierzony efekt reżysera sfeminizowanego produktu.

W filmach z gatunku mystery uwielbiam zwroty akcji oraz odgrzebywanie przeszłości bohaterów. Gdy na ekranie widzę magiczne "trzy miesiące temu" albo "pięć lat później" z automatu wnikliwiej śledzę przebieg wydarzeń w filmie. A im głębsze zainteresowanie, tym większe zaskoczenie, kiedy to, co obserwuję, okazuje się być o sto osiemdziesiąt stopni różne od tego, co przewidywałam. W "Annie" retrospekcji jest sporo, ale, niestety, niemal od początku wiadomo, jaki będzie finał bohaterów.

Co mi się natomiast bardzo podoba to gorzki, polityczny morał płynący z treści filmu. Światowe mocarstwa w czasie zimnej wojny były tak samo bezwzględne (śmiem twierdzić, że do dziś niewiele się zmieniło). Zarówno Rosja, jak i Stany Zjednoczone mają na rękach krew - często niewinnych - ludzi. Jedni po prostu bardziej umieją zadbać o PR, drudzy są takimi megalomanami, że pochlebna opinia publiczna ich nie interesuje. Smutne, lecz prawdziwe. Niekwestionowaną zaletą "Anny" jest także stworzony przez Bessona klimat. Czuć coś niepokojąco mrocznego w obrazach Rosji, niebywale urzekającego w wycinkach Francji, relaksująco egzotycznego w scenach z Hawajów. "Anna" funduje widzom wycieczkę do moskiewskich "nor", paryskich kamienic, pięciogwiazdkowych hoteli, domków na plaży Oceanu Spokojnego, luksusowego Mediolanu, siedziby KGB, a nawet na komisariat. Dla każdego coś dobrego.

Podsumowując: jeśli lubicie: przemoc, seks, intrygi (czy jest ktoś, kto tego wszystkiego nie lubi?), koniecznie idźcie na "Annę". Uprzedzam jednak przed kilkoma rozczarowaniami: schematycznym scenariuszem oraz hollywoodzkim zakończeniem w parku, które wypada nieco komicznie. Ale finalne przesłanie (uwaga, mały spojler) "Kobiety górą!" trafia w me gusta. Szach mat, panowie (notabene - w filmie również pojawia się wątek gry w szachy). Wszystkim paniom natomiast życzę, by z najnowszej produkcji Luca Bessona wyciągnęły wnioski i stały się dla siebie bardziej empatyczne. Do dzieła! Tylko może nie po (tak wielu) trupach.