O filmach, serialach i gwiazdach filmu nie zawsze poważnie.

Powtórka z rozrywki - recenzja serialu "Revisions"

29 maja 2019, Karolina Antczak

Revisions

Przy ilości produkowanych obecnie anime, pojęcie oryginalności stało się czymś bardzo względnym. Prawdę mówiąc, oryginalność w ogóle powoli przestaje być kryterium - w świecie japońskiej animacji naprawdę wszystko już było. Pytanie, które na tą chwilę liczy się najbardziej brzmi: kto zrobi to lepiej. “Revisions” to klasyczny już przykład tworu będącego sumą pomysłów, wątków i motywów, które nadal cieszą się popularnością i przynoszą finansowe sukcesy - mimo, że powielano je już wielokrotnie. Niestety, to także klasyczny przykład tego, jak Netflix owe pomysły partaczy, przy ich realizacji idąc po najniższej linii oporu.

Rok 2017. Tokio, okręg Shibuya. Daisuke to z pozoru zwyczajny licealista… Tak, wiecie jak to dalej idzie. Silnie wierzy w swoje szczególne przeznaczenie, według którego ma stać się bohaterem i uratować wszystkich przed tajemniczym, nadchodzącym zagrożeniem. Powodem tego przekonania jest fakt, że siedem lat wcześniej taką przepowiednię przekazała jemu oraz jego przyjaciołom pewna dziewczyna pochodząca z przyszłości. Chociaż nikt poza Daisuke nie wierzy ani w jego wyjątkowość, ani prawdziwość słów tajemniczej Milo, zapowiedziany kataklizm rzeczywiście nadchodzi. Bohaterowie - wraz z całą dzielnicą - przenoszą się setki lat w przyszłość, do zniszczonego przez pandemię świata zamieszkanego przez wielkie, krwiożercze potwory zwane Rewizjami. Zgodnie z przepowiednią, tylko Daisuke i spółka dysponują bronią, która może je pokonać.

Trzeba oddać “Revisions” przynajmniej jedno - serial nawet nie sili się na udawanie, że dostarcza czegoś odkrywczego. Bez większego spoilerowania, zorientowany widz/czytelnik mangi bez trudu odnajdzie tu elementy skopiowane z “Evangeliona”, “Ataku Tytanów”, “Code Geass”, “Guilty Crown” a nawet “Darling in the FranXX” - z czego to ostatnie przecież samo w sobie jest kolejną kalką powstałą na bazie popularności lepszych tytułów. Z jednej strony, takie zagranie powinno się sprawdzić - jak wiadomo, lgniemy do tego co znamy i lubimy, więc sam widok podobnych projektów postaci czy zarys fabuły wpisujący się w nasze zainteresowania powinien przyciągnąć widza do ekranu. Muszę z przykrością przyznać, że trochę dałam się na to złapać. Moje oczekiwania dodatkowo podsycił fakt, że stanowisko reżysera zajmowała osoba odpowiedzialna między innymi za wspomniany już “Code Geass”, jedno z lepszych (a już na pewno pod kątem dostarczanej rozrywki) anime zeszłej dekady.

Co poszło nie tak? Cóż, wszystko. Albo, żeby być bardziej obiektywnym, prawie wszystko. Najbardziej kuleje scenariusz. Chociaż w produkcji widać rękę twórców przygód Leloucha, ciężko o dobry efekt końcowy, kiedy fabuła przypomina szwajcarski ser. Luki, nielogiczności i nieścisłości są tutaj na porządku dziennym. Cierpi na tym cały świat przedstawiony - już same jego założenia są bardzo ogólne, streszczone w dosłownie kilku zdaniach, które z jakiegoś powodu co chwila padają z ust bohaterów, jak gdyby widz cierpiał na jakieś poważne upośledzenie pamięci. Z kolei te kwestie, które naprawdę nas ciekawią - i których wyjaśnienie mogłoby sporo rozjaśnić - są potraktowane po macoszemu, przedstawione w formie niezrozumiałego (chyba dla samych twórców) bełkotu albo - co najlepsze! - skwitowane niezwykle wyszukanym “To nie na moją głowę” któregoś z bohaterów. Niestety, takie uwłaczanie inteligencji widza jest na porządku dziennym.

Wraz z kolejnymi odcinkami liczyłam, że wszystko to ma być efektem stopniowanego napięcia i tajemnicy, jednak gdzieś w połowie - słusznie, jak się okazało - porzuciłam nadzieję na sensowne wytłumaczenie. Chociaż finał teoretycznie wyjaśnia całą intrygę, w rzeczywistości zostajemy obrzuceni ochłapami informacji - i to naszym zadaniem jest sklecenie z tego jakiejś całości, przy okazji używając swojej wyobraźni do załatania dziur fabularnych. Sprytne, ale mało satysfakcjonujące zagranie.

Jeśli chodzi o bohaterów, z pewnością nie będę osamotniona w stwierdzeniu, iż Daisuke to jeden z najbardziej irytujących głównych bohaterów wszech czasów. Zbudowany na klasycznym schemacie postaci przekonanej o własnej wyjątkowości, w połączeniu z maniakalnym wręcz uporem i kompleksem bohatera, daje nam mocno przerysowaną i spłyconą do granic możliwości wersję Erena z “Ataku Tytanów”. Wydaje się, jakby na jego postać składało się kilka przeplatających się dialogów, a jego flagowe “Uratuję wszystkich!” zaczyna irytować już w pierwszym odcinku. W ogóle brak głębi zdaje się być problemem większości bohaterów. Wszyscy są odrysowane od kalki, i w porządku - problem w tym, że nikt nie zrobił nic, by tym pobieżnym szkicom nadać jakiś wymiar. Chociaż pozostali członkowie załogi są znacznie mniej denerwujący, a niektórych nawet dało się polubić (moimi faworytami zostali Gai i najbardziej rozbudowany Keisuke), nadal naprawdę ciężko nawiązać z nimi jakąkolwiek więź. Przez większość czasu pozostają po prostu kolorowymi sylwetkami przemieszczającymi się po ekranie, wykrzykującymi swoje sztandarowe teksty - i nawet bardzo dobrze dobrane głosy doświadczonych, wysilających się do maksimum aktorów dubbingowych nie pomogą na sztampowe, banalne dialogi.

Zaskakującym plusem okazało się, że wraz z biegiem akcji postaciom udaje się nieco rozwinąć. Z pewnością nie jest są to spektakularne czy wyjątkowo przekonujące przemiany, ale jednak - istnieją. Widać to zwłaszcza na przykładzie głównego bohatera. Chociaż sposób przedstawienia jego rozwoju jest mocno pokraczny, nie da się nie zauważyć, że Daisuke dojrzewa do pewnych zachowań i decyzji. Dzięki temu w kilku dramatycznych momentach twórcom udało się mnie trochę zasmucić - a przynajmniej wykrzesać jakiekolwiek emocje względem bohaterów. A muszę przyznać, że się tego nie spodziewałam.

Grafika nie powala. Byłam zawiedziona faktem, że twórcy zdecydowali się wykonać praktycznie całe anime metodą CGI. O ile rozumiem taką decyzję w przypadku walk i projektów Olbrzymów i Rewizji - jest to prostsze i często bardziej efektowne rozwiązanie - to jeśli chodzi o przedstawienie ludzi zdecydowanie wolałam nieliczne momenty, kiedy używano klasycznych technik. Jeśli jednak komuś nie przeszkadza bardziej “komputerowy” styl, nie powinien narzekać - animacja jest płynna, z kilkoma niechlubnymi wyjątkami.

Mogło być dobrze, ciekawie i wciągająco, wyszło nudno i mało sensownie. Lepiej przemyślany scenariusz, inna animacja albo przynajmniej mniejsza ilość bezsensownego, walącego po oczach fanserwisu i dziwnych, okołoseksualnych odniesień (to chyba te nieliczne, a zarazem najbardziej niechlubne wpływy “Code Geass”...) mogła uratować to anime. Niestety, dostaliśmy dziwny, pozbawiony głębi miks wątków i motywów bardzo mocno ściągający od odnoszących sukcesy kolegów. Co prawda, pod koniec oglądało mi się lepiej i w zasadzie nie pogardzę drugim sezonem - zostało jeszcze trochę do wyjaśnienia. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem twórcy wyciągną wnioski i do kolejnej powtórki z rozrywki przygotują się lepiej.