O filmach, serialach i gwiazdach filmu nie zawsze poważnie.

Między słowami - recenzja filmu "Tolkien"

29 maja 2019, Karolina Antczak

Tolkien - film 2019

Fabularyzowane filmy biograficzne cieszą się coraz większą popularnością - zwłaszcza, kiedy realizuje się je z hollywoodzkim rozmachem. Sprawa wygląda prościej, kiedy mamy do czynienia z produkcją opowiadającą o gwieździe kina albo muzyki: tam możliwości dla wizualnych popisów ogranicza jedynie budżet. Przełożenie na ekran historii pisarza wymaga nieco innej narracji. Wyzwaniem może okazać się fakt, by przedstawić jego - często barwne, choć bardziej “przyziemne” życie - w sposób, który rzeczywiście zainteresuje widza: także tego nie będącego wyjątkowym fanem opisywanej postaci. Czy reżyserowi udało się tego dokonać?

“Tolkien”, zgodnie z oczekiwaniami, okazał się kinem dużo bardziej kameralnym niż chociażby głośne, efektowne “Bohemian Rhapsody”. Trwająca dwie godziny produkcja zachowana w urokliwym, bardzo angielskim stylu, streszcza życie pisarza - zaczynając na jego dzieciństwie, a kończąc na okresie I wojny światowej. Siłą rzeczy, czasami przypomina telegraficzny skrót: umowny i, podobnie jak większość filmowych biografii, nie zawsze wierny faktom. Twórcy umiejętnie dobierają wątki z życia Tolkiena, prowadząc akcję dwutorowo: wspomnienia ze szkoły i dzieciństwa przeplatają się z “teraźniejszością” bohatera, czyli frontem wojennym, gdzie targany gorączką próbuje odnaleźć na polu walki jednego ze swoich przyjaciół.

Z pewnością nie każdemu spodoba się taki dobór materiału - paradoksalnie, w szczególności zagorzałym miłośnikom jego osoby. Nie znajdą oni tutaj nic szczególnie odkrywczego, a przeinaczanie lub pomijanie pewnych faktów wywoła raczej zgrzytanie zębami niż euforię. Rzeczywiście, John Ronald nie był jedynie twórcą “Hobbita” i “Władcy Pierścieni”, ale także - a może przede wszystkim - wybitnym profesorem, lingwistą. Niestety, szczegółowa i dokładna biografia nie tylko zajęłaby znacznie więcej niż przeznaczone na to dwie godziny filmu, ale też zupełnie nie sprawdziłaby się w kinowym formacie, przez większość czasu zwyczajnie zionąc nudą. Reżyser snuje opowieść świadomie i konsekwentnie, starając się ukazać przede wszystkim wpływ, jaki życiorys bohatera miał na jego twórczość - chociaż sam Tolkien wielokrotnie odcinał się od teorii, według której osobiste doświadczenia miałyby ukształtować jego pisarski warsztat.

A jednak, wspólnym mianownikiem, który splata ze sobą wątki i stanowi o spójności filmu, nie jest ani “Hobbit” ani “Władca Pierścieni”. To sama osoba Tolkiena, jego charakter, talent i ogromna wyobraźnia stanowią sedno produkcji; Tolkien jako syn, jako przyjaciel, jako kochanek, wreszcie jako pisarz i profesor. Nie da się przecenić roli Nicholasa Houlta, dzięki któremu John Ronald jest jeszcze bardziej fascynujący; jednocześnie bardziej żywy, jak człowiek z krwi i kości, a z drugiej strony w niezwykły sposób oderwany od świata, pełen wrażliwości. Dzięki temu film nabiera wyjątkowej głębi i staje się czymś znacznie więcej, niż zwykłą biografią.

Obraz przepełniony jest magią, choć nie do końca w takiej formie, jakiej można się spodziewać. Aluzji do Śródziemia wprawne oko znajdzie tutaj wiele, często przedstawionych dzięki dość subtelnym, ale wymownym, nienachalnym efektom specjalnym, wzorowanym na wizji Petera Jacksona - tej, która najbardziej zapisała się w popkulturowej pamięci społeczeństwa. Świat realny jest w “Tolkienie” nierozerwalnie spleciony z bogatą wyobraźnią bohatera: zaczynając na jego niezwykle chłonnym umyśle dziecka, któremu mama opowiadała baśnie i legendy w blasku latarni, przez pierwsze artystyczne próby w otoczeniu inspirujących przyjaciół aż po głęboką i fascynującą miłość do języka,obejmującej wszystkie aspekty lingwistyki: od składni i gramatycznej struktury po całe opowieści, jakie można dzięki nim snuć.

W naszym kraju produkcja z Nicholasem Houltem i Lily Collins przechodzi (a może nawet już przeszła) zupełnie bez echa. Jeżeli ktoś nie należy do zagorzałych fanów pisarza, prawdopodobnie w ogóle nie dowie się o jej istnieniu. A bardzo szkoda - bo to wcale nie jest film stricte dla fanów. To przede wszystkim piękna, mądra i inspirująca opowieść, w której ogromną rolę odgrywa miłość - ta do drugiego człowieka, romantyczna i platoniczna, do słowa pisanego i języka, wreszcie: miłość do opowieści, które kształtują nas i dają nadzieję.