O filmach, serialach i gwiazdach filmu nie zawsze poważnie.

Wiem, co Archie Andrews zrobił w zeszłe wakacje - recenzja filmu "Ostatnie wakacje" (The Last Summer)

12 maja 2019, Karolina Antczak

Ostatnie wakacje / The Last Summer (2019, reż. William Bindley)

Netflix nie próżnuje, jeśli chodzi o produkcje młodzieżowe. Zasypuje nas zarówno ekranizacjami (“Do wszystkich chłopców, których kochałam”, “Wynajmij sobie chłopaka”) jak i produkcjami z oryginalnym scenariuszem (“Insatiable”, “Sierra Burges jest przegrywem”). Trzeba przyznać, że wychodzi to z różnym skutkiem - tym bardziej, że twórcy często zapominają, że “dla nastolatków” nie oznacza tego samego co “zrobione po linii najmniejszego oporu”. Dobrym (czy raczej: bardzo słabym) przykładem takiej tendencji jest “Riverdale”. Niestety, “Ostatnie lato” także podąża tym schematem.

Film opowiada o perypetiach młodych, wchodzących w dorosłość ludzi, którzy spędzają ostatnie przed pójściem do collegu lato. Każdy z nich ma na ten okres nieco inny plan, wszyscy mają jednak świadomość nieuchronności upływającego czasu i nietrwałości wszystkiego, co wydarzy się w ciągu tych kilku miesięcy: jedni postanawiają wykorzystać chwilową wolność, by znaleźć miłość, drudzy, by zacząć od nowa choćby tylko na trochę, jeszcze inni - żeby zastanowić się nad swoją przyszłością. Jedno jest pewne: dla każdego z nich będzie to przełomowe lato.

Fabułę zbudowano według ogranego, ale całkiem strawnego schematu znanego najbardziej z “To właśnie miłość”: jest podzielona na kilka wątków, które teoretycznie się ze sobą przeplatają, ale w praktyce (przynajmniej w przypadku “Ostatnich wakacji”), nie mają na siebie zbyt dużego wpływu. Na pierwszy plan wysuwa się historia Griffina (K.J. Apa) i Phoebe (Maia Mitchell), pomiędzy którymi zaczyna rodzić się uczucie postawione pod znakiem zapytania przez dotykające ich rodziny dramaty. Film, jak łatwo się domyślić, oscyluje przede wszystkim wokół tematu miłości - pierwszej fascynacji, jak u wspomnianych już bohaterów, ale także nieco dłuższych związków wystawionych na próbę przez niepewną przyszłość, spontanicznych zauroczeń czy relacji opartych na fizycznym pociągu. Oprócz tego, miejsce znalazło się także dla pierwszej pracy, dylematów związanych z wyborem szkoły i w ogóle przyszłości jako takiej. Jest to odpowiednio zróżnicowany, ale także dość bezpieczny zestaw, który teoretycznie powinien okazać się odpowiednio uniwersalny - pomimo tego, że akcja toczy się w Stanach, podobne problemy dotykają młodych na całym świecie. W teorii wszystko powinno więc zagrać, gorzej z realizacją.

Produkcja miała spory potencjał, ale twórcy najwidoczniej nie potrafili go wykorzystać. Choć najwięcej czasu i energii włożono w wątek Griffina i Phoebe, niestety, okazał się on ostatecznie banalny i sztampowy. Dramatyzm sytuacji, w jakiej w pewnym momencie znajdują się bohaterowie, został zupełnie zmarnowany przez spłycone i pobieżne podejście do tematu. Same postaci także nie okazały się szczególnie ciekawe: ona to typowa artystka-indywidualistka z dobrym sercem i dużym dystansem do świata, z kolei K.J. gra praktycznie tak samo jak w “Riverdale”. Z całą pewnością nie pomaga mu w tym scenariusz, który kreuje go na bardzo podobną postać typowego “chłopaka z sąsiedztwa” - nawet motyw dylematu związanego z przyszłością i muzyką się powtarza.

Niestety, to właśnie wątki, na które nie poświęcono zbyt wiele czasu, przyciągnęły moją uwagę o wiele bardziej - choć ciężko powiedzieć, czy więcej zainteresowania rzeczywiście by im pomogło, czy raczej uwidoczniło ich niedopracowanie i brak głębi. Mimo wszystko to właśnie historia niepoprawnego podrywacza zakończona przewrotną puentą czy niedopasowanych społecznie geeków, którzy niespodziewanie znajdują swoje miejsce na Ziemii sprawiały, że oglądałam dalej. Jedynym, w pełni godnym uwagi widza wątkiem, okazały się losy Audrey (Sosie Bacon, bardzo dobra, choć widocznie zbyt dojrzała, by grać osiemnastolatkę). Bohaterka przez cały film widocznie dojrzewa i podejmuje decyzję, jaka mogłaby być przykładem dla wielu podobnych do niej nastolatek - takich, które znajdują się na rozdrożu i nie widzą dla siebie miejsca w żadnym, promowanym społecznie schemacie.

Pomimo tego wszystkiego, film bywa zwyczajnie nudny. A to jeden z grzechów, które takim produkcjom ciężko wybaczyć. Humor także nie powala - o ile w ogóle się pojawia, bo wcale nie ma go tutaj zbyt dużo. Muszę jednak uczciwie przyznać, że niektóre gagi i żarty sytuacyjne parę razy sprawiły, że się uśmiechnęłam. Na plus zdecydowanie działa ścieżka dźwiękowa. Utwory dobrze wpisują się w młodzieżowy, wakacyjny klimat. Niestety, nie da się odciąć od wrażenia, że warstwa wizualna została dopracowana znacznie bardziej, niż scenariusz i fabuła. Wszyscy są ładni albo przystojni, dobrze ubrani, otaczają się przyjemnymi dla oka rzeczami. Imprezują w kolorowych klubach, bawią się na malowniczym nadbrzeżu, a wszystkiemu towarzyszy chwytliwa, wpadająca w ucho muzyka, głównie znane i lubiane kawałki. Całość okazuje się wydmuszką, bo poza kilkoma bardziej angażującymi czy głębszymi aspektami, fabularnie ta opowieść nie ma zbyt wiele do zaoferowania. A mogła stać się czymś znacznie lepszym.

“Ostatnie wakacje” to przyjemny zapychacz czasu, raczej obyczajówka dla młodzieży niż komedia romantyczna. Ma swoje momenty i czasem potrafi trochę bardziej przykuć uwagę, ale w dużej mierze to taki przydługi teledysk, który ani nie jest w stanie nas wzruszyć, ani szczególnie rozbawić. Jeśli ktoś lubi licealne miłostki w przyjemnym, lekkim wydaniu, nie powinien zasnąć w trakcie seansu. No i świetnie było zobaczyć Tylera Posey - ale to chyba już tylko moja nostalgia i niegasnąca miłość do “Teen Wolfa”.