O filmach, serialach i gwiazdach filmu nie zawsze poważnie.

Do serca przytul misia - recenzja serialu "Rilakkuma i Kaoru"

01 maja 2019, Karolina Antczak

Rilakkuma i Kaoru

Animacja poklatkowa już od dłuższego czasu wydaje się reliktem przeszłości, symbolem epoki, która przeminęła. Nie da się ukryć, że przy obecnym rozwoju technologii jest zwyczajnie nieopłacalna - w końcu wszystko można teraz wygenerować na komputerze i przy minimalnym wysiłku osiągać maksymalne wyniki. Tak właśnie tworzy się współczesne animacje: powstają one w sposób masowy, często brakuje im głębi, przesłania, właściwie także sensu. Tym bardziej zaskakujące wydaje się poświęcenie czasu i środków na wyprodukowanie nowego serialu od Netfliksa. Jak jednak wiadomo, platforma lubi eksperymentować, często z różnym efektem. Tym razem udało im się stworzyć perełkę.

Kaoru jest nadal młodą, choć dojrzałą już kobietą. Można powiedzieć, że w pewnym sensie się ustatkowała: wynajmuje mieszkanie na przedmieściach, z dala od rodziców, ma stałą pracę w korporacji. Złośliwi określiliby ją "starą panną", do której wizerunku brakuje jej tylko zwierzaka, najlepiej kota. Zamiast niego Kaoru przygarnia trzy urocze pluszaki: misie i ptaszka. Przyjaciele wnoszą w życie kobiety ciepło i spokój, zapewniają towarzystwo i pomagają odpędzać smutki.

Rilakkuma to popularna w Japonii i na świecie marka, stworzona przez ilustratorkę Aki Kondo. Imię tego sympatycznego misia jest grą słów, składającą się z "relaksu" i "niedźwiedzia". Pluszak, którego główne zajęcia ograniczają się do spania i jedzenia, stanowi swego rodzaju przypomnienie o tym, jak istotne jest znajdowanie czasu na odpoczynek - wydaje się to zwłaszcza istotne w tak przepracowanym i zestresowanym społeczeństwie jak Japończycy. Można powiedzieć, że serial w doskonały sposób odzwierciedla “misję” Rilakkumy. Produkcja liczy trzynaście dziesięcio-minutowych odcinków - oczywiście, można je “zbingować” i pochłonąć wszystkie za jednym zamachem, można też wykorzystać radę ze zwiastuna i uczynić oglądanie codziennym, krótkim rytuałem, jaki niewątpliwie pomoże widzom w wyciszeniu się i uspokojeniu. Leniwa animacja i niespieszne tempo akcji składają się na prawdziwie kojące doświadczenie.

Każdy epizod opowiada o czymś innym i stanowi oddzielną historyjkę, jednocześnie łącząc się z kolejnymi, by ostatecznie stworzyć spójną fabularną całość. Akcja serialu obejmuje dwanaście miesięcy i składają się na nią różnego rodzaju sytuacje z życia codziennego: od wiosennego pikniku w święto Hanami, przez fajerwerki podczas letniego festynu, po lepienie bałwana zimą.

Wbrew pozorom, nie jest to animacja dla dzieci. Nie zawiera żadnych niepokojących czy niewłaściwych treści (choć trzeba przyznać, że odcinek z duchem zmarłej dziewczynki można uznać za nieco makabryczny - ale to może być kwestia kultury i japońskie dzieci są nieco bardziej odporne na takie motywy, niż europejskie). Uważam jednak, że najmłodsi zwyczajnie jej nie zrozumieją, prawdopodobnie będą się też nudzić. Produkcja jest zaskakująco głęboka. Porusza problemy ludzi dorosłych, dojrzałych - życiowe wypalenie, lęk przed starością i samotnością, niezdecydowanie związane z przyszłością czy nawet depresja. Urocza oprawa wydaje się działać jak środek łagodzący na wszystkie bardzo ludzkie trudności, z jakimi mierzy się Kaoru. Ma także działanie psychologiczne: przypomina, że z każdej sytuacji jest wyjście, że problemy są przejściowe, a towarzystwo i wsparcie bliskich okazują się nieocenione w radzeniu sobie z trudnościami. Każdy odcinek zakończony jest sentencją: czasami ma ona charakter humorystyczny, czasami brzmi nieco przewrotnie. Najczęściej jednak wieńczące epizod zdanie uderza w widza głębią i prostotą tak zaskakująco dobrze współgrającą z treścią danego odcinka, że zdecydowanie pozostaje w głowie na dłużej i jeszcze przez jakiś czas zmusza do refleksji.

Szata graficzna jest ściśle powiązana z przesłaniem produkcji, ale trzeba przyznać, że zachwyca także sama w sobie. Dbałość o szczegóły jest wręcz powalająca. Widoczna na misiach faktura sprawia, że niemalże czujemy, jakie są w dotyku. Kaoru ma szafę pełną ubrań i w każdym odcinku nosi inny, wykonany z równą precyzją strój. Woda w rzece naprawdę płynie, “zabawkowe” jedzenie wygląda tak apetycznie, że mamy ochotę je zjeść. Czujemy zimno, kiedy za oknem pada śnieg a bohaterowie grzeją się przy kotatsu, ocieplanym stole, i robi nam się gorąco kiedy widzimy palące asfalt słońce i chodzące w pocie czoła wiatraki, przy pomocy których postaci próbują się ochłodzić. Jest pięknie i do cna japońsko, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Fani anime z pewnością odnajdą w tym obrazie cząstkę swojej duszy. Polecam oglądanie z oryginalnym dubbingiem.

“Rilakkuma i Kaoru” to prawdziwy klejnot - nie tylko pośród produkcji Netfliksa, choć na ich tle serial wyróżni się szczególnie. Dawno nie widziałam tak pięknie i precyzyjnie stworzonej animacji, dopracowanej w najmniejszym szczególe, w której wszystkie elementy tak dobrze ze sobą współgrają - czy to pod kątem ścieżki dźwiękowej, szaty graficznej czy scenariusza. Nie puściłabym raczej tej bajki dzieciom, chyba że tym całkiem małym, żeby uspokoić je przed snem (z pominięciem odcinka z duchem, rzecz jasna). To produkcja skierowana dla ludzi zapracowanych i zestresowanych, mierzących się z różnego rodzaju trudnościami. Seans “Rilakkumy…” może się dla nich okazać prawdziwie oczyszczającym, słodko-gorzkim doświadczeniem.