O filmach, serialach i gwiazdach filmu nie zawsze poważnie.

Witamy na Czarnej Paradzie - Recenzja serialu "The Umbrella Academy"

01 marca 2019, Karolina Antczak

The Umbrella Academy

Ciężko jest dzisiaj stworzyć w temacie superbohaterów coś oryginalnego. Oprócz tego, że wszystko zostało już powiedziane, to studia prześcigają się w próbach przebicia konkurencji na każdym możliwym polu - a to lepszymi efektami, a to bardziej spektakularnym zagrożeniem, albo po prostu wielkością uniwersum. “Deadpool” z 2016 roku pokazał natomiast, że czasem mniej znaczy więcej. Paradoksalnie, “The Umbrella Academy” - choć zdecydowanie różniąca się znacznie od filmu z Reynoldsem - obiera podobny kierunek.

Vanya, Luther, Allison, Diego, Numer Pięć i Klaus to rodzeństwo - bardzo wyjątkowe rodzeństwo. Podobnie jak trzydzieścioro siedmioro innych dzieci urodzonych tego samego dnia 1989 roku, przyszli na świat, choć ich matki… nie były wcześniej w ciąży. Obdarzeni (w większości) nietypowymi mocami, adoptowani przez ekscentrycznego miliardera, wychowują się w poczuciu misji - wierzą, że któregoś dnia będą musieli uratować świat. Mocno dysfunkcyjna rodzina rozpada się stopniowo, a każde z rodzeństwa podążą w swoją stronę. Chwilowe zjednoczenie następuje po śmierci przybranego ojca. Grupka dorosłych już ludzi spotyka się więc po latach - każdy z bagażem własnych traum, uzależnień i odchyleń, każdy próbujący we własny sposób poradzić sobie z piętnem jakie zostawiło na nim wychowanie pod okiem Hargreevesa i późniejsze samodzielne życie. Szybko okazuje się jednak, że będą musieli połączyć siły na dłużej, bo zapowiadana przez całe ich dzieciństwo apokalipsa właśnie ma nadejść.

Podczas oglądania “The Umbrella Academy” siłą rzeczy nasuwały mi się skojarzenia ze świeżym jeszcze “Titans”, swoją drogą całkiem przyzwoitym serialem od DC Comics. Podobnie jak w historii o młodych Tytanach, nowa produkcja od Netfliksa wyróżnia się charakterystycznym klimatem - dość mrocznym, jak w DC, ale jednocześnie bardziej groteskowym, podszytym ironią i czarnym humorem. Jednocześnie, tym, co kulało najbardziej we wspomnianym już serialu z Robinem i spółką, okazali się bohaterowie - niby napisani poprawnie, a jednak bardzo często wykazujący klasyczne symptomy niedbałego scenariusza: a to zachowywali się irracjonalnie, a to podejmowali bezsensowne decyzje, czasem zwyczajnie w świecie bywali irytujący w swojej niekonsekwencji. Natomiast Parasolkowa Akademia wyraźnie stoi bohaterami - chociaż ktoś czepliwy mógłby zarzucić jej wiele na innych polach, tak naprawdę trudno podważyć fakt, że dysfunkcyjne rodzeństwo wypadło naprawdę świetnie. Każdy z nich ma własną historię i naprawdę każdy dostaje swoje pięć minut, żeby ją opowiedzieć. Na pierwszy plan wysuwa się Vanya, zdecydowanie nie tak interesująca jak kradnący każdą scenę Klaus czy zagrany perfekcyjnie Numer Pięć. Nie jest to najbardziej charakterystyczna protagonistka kina superbohaterskiego, ale Ellen Page nadaje jej postaci głębi i realizmu. Co ważniejsze, Vanya, choć istotna, nie dominuje całkowicie i nadal pozostawia mnóstwo pola do popisu bardziej charyzmatycznym członkom rodziny.

Wiele dobrego twórcy zawdzięczają udanemu pierwowzorowi. Komiksy Gerarda Waya, przesiąknięte jego stylem i osobowością, stanowiły naprawdę wdzięczny, choć często niełatwy materiał. Twórcy wybrnęli z tego obronną ręką: zachowali i przenieśli na ekran charakterystyczny klimat oryginału i wykorzystali wszystkie środki, którymi posłużył się wokalista MCR by pokazać głębię, złożoność charakterów i relacji między członkami rodziny. Jednocześnie zrezygnowali z tych najbardziej absurdalnych pomysłów wymagających dużych nakładów efektów specjalnych, takich jak choćby kosmiczne walki - sprawdzały się one na papierze, jednak w formacie telewizyjnego show trudno byłoby znaleźć na nie miejsce, a przynajmniej bez całkowitego odzierania produkcji z realizmu. A ten okazuje się być naprawdę istotny. Niczego nie można zarzucić także stronie wizualnej - mimo niewygórowanego budżetu udało się stworzyć bardzo estetyczną produkcję, której oprawa graficzna doskonale koresponduje z klimatem. Nie mówiąc już o idealnie dopasowanej ścieżce dźwiękowej.

W superbohaterskich produkcjach bardzo często brakuje równowagi. Filmy i seriale albo toną w nadmiernym mroku i dramatyzmie, albo radośnie unoszą się nad ziemią w obłoku gagów i frazesów w myśl których zło pokonuje się dobrym sercem i siłą przyjaźni. Sukcesy pewnych produkcji pokazują, że widzowie spragnieni są - pozornego przynajmniej - realizmu, czegoś przyziemnego, z czym mogą się utożsamiać. “The Umbrella Academy” na pewno nie jest pierwszą produkcją, która pokazuje superbohaterzenie od “kulis”, na serio, z pewnością jednak zapadnie w pamięć dzięki umiejętnym operowaniem tym motywem. Z jednej strony mamy tutaj do czynienia z wątkami zupełnie nie z tej ziemi, jak próba powstrzymania apokalipsy, z drugiej widzimy bardzo ludzkie i bliskie nam postawy bohaterów, jakie towarzyszą im w tej sytuacji. Pod przykrywką opowieści o walce ze złem widzimy więc prawdziwe, codzienne batalie jakie toczą bohaterowie: od próby uporania się z traumami z dzieciństwa, przez depresje i załamania nerwowe, aż po uzależnienie od narkotyków. Czapki z głów za tak dojrzałe podejście do tematu.

“The Umbrella Academy” to bardzo udana ekranizacja i kolejny - po “Sex Education” - dowód na to, że Netflix jak chce, to potrafi. To także powiew świeżości w superbohaterskim świecie, w którym od dominacji Marvela zaczyna robić się duszno. Oby tak dalej.