kinomaniak.pl arrow Osoby arrow Marion Cotillard arrow Wywiady



Marion Cotillard

Marion Cotillard

Znak zodiaku: Waga
Data urodzenia: 30.09.1975
Miejsce urodzenia: Paryż, Francja
Star rank: 940
Wzrost: 169

Marion Cotillard o filmie "Niebo nad Saharą"

Zazwyczaj wolę przeczytać scenariusz, zanim spotkam się z reżyserem, ale on bardzo chciał mi opowiedzieć o swoim projekcie. Przez półtorej godziny słuchałam opowieści o „Niebie nad Saharą”. Wspominała pani o decydującej rozmowie z Karimem Dridim. Jak panią przekonał do roli bohaterki „Nieba nad Saharą”?

Po raz pierwszy spotkałam Karima półtora roku temu. Zazwyczaj wolę przeczytać scenariusz, zanim spotkam się z reżyserem, ale on bardzo chciał mi opowiedzieć o swoim projekcie. Przez półtorej godziny słuchałam opowieści o „Niebie nad Saharą”. Słuchałam i myślałam sobie: „jeśli nie dokończy historii, użyję wszelkich środków, by go do tego zmusić.” Bardzo wzruszyło mnie to, co się przydarzyło Marie i Antoine’owi, sposób w jaki los ich do siebie zbliżył. Bardzo wierzę w zbiegi okoliczności. Jeśli ktoś jest w stanie je dostrzec, życie poprowadzi go tam, gdzie powinien się znaleźć. Tak właśnie się stało przy tym filmie. Było to dla mnie oczywiste od początku.

Oscar za „Niczego nie żałuję – Edith Piaf”, kariera w Hollywood - skąd chęć powrotu przed francuską kamerę?

Gdy przyjmuję rolę, oznacza to, że czuję się częścią historii. Kocham kino francuskie i potrzebuję go. Od początku wiedziałam, że jest dla mnie miejsce w „Niebie nad Saharą”, że łączy mnie intymny związek z postacią Marie.

Marie Vallieres de Beaumont jest pilotem, łowczynią przygód, szaloną kochanką i zagubioną kobietą. Co pani myśli o tej postaci?

W latach trzydziestych pilotowanie samolotu należało do rzadkości. Dla kobiety był to wręcz wyczyn. Trzeba było walczyć o swoją pozycję. Żeby być, tak jak Marie, kobietą-pilotem, trzeba było mieć niezły temperament, żądzę silnych emocji i potrzebę wolności, co nie było nagminne w tamtych czasach. Pierwszym, który inaczej spojrzał na nią był jej kochanek Bill Lancaster. Traktował ją jak równą sobie, towarzyszył jej w pierwszym locie, wspierał. Przeżyją gorącą miłość, ale nigdy nie zostawi dla niej żony. Pomimo tego, gdy Marie dowiaduje się, że samolot mężczyzny, którego kocha zaginął na pustyni, rusza bez wahania na jego poszukiwanie. Jest gotowa wszystko dla niego poświęcić.

Marie i Antoine idą długo odkrywają siebie. Jak rozumiała pani tę złożoną relację?

Marie całe życie musiała walczyć, Antoine zresztą też. Każdy w swoim świecie. Być może nie w tym właściwym. W zasadzie zaczynają się dostrzegać dopiero w momencie, gdy zagubieni na pustyni, odkrywają siebie samych. Surowość pustyni, osamotnienie, strach, pragnienie pokazują im jacy są naprawdę. To obnażenie się jest bardzo silnym i wzruszającym uczuciem.

„Niebo nad Saharą” jest jednocześnie filmem zrobionym z rozmachem i zarazem z bardzo osobistym podejściem. Jak się pani pracowało z Karimem Dridim?

Widziałam filmy Karima. Byłam pod wrażeniem życia pokazanego w „Pigalle”. Potem było „Bye bye”, który uwielbiam i „Khamsa” – prawdziwe arcydzieło. Karim Dridi ma bardzo osobisty sposób ożywiania swoich postaci, uchwycenia ich wnętrza. Myślę, że wrażliwość pozwala mu uchwycić tę prawdę o postaci.

Siedem lat po „Miłości na żądanie” Yanna Samuella, spotyka się pani znów z Guillaumem Canetem. Obawiała się pani kręcenia z nim?

Zaangażowałam się w projekt zanim został do niego zaproszony Guillaum. Pamiętam jak podzielał mój entuzjazm, gdy opowiadałam mu o „Niebie nad Saharą”. Bardzo go wzruszyła ta opowieść. Bardzo szybko stało się dla nas jasne, że powinniśmy razem zrobić ten film.

Czy to atut czy utrudnienie praca z kimś, kogo się dobrze zna?

„Miłość na żądanie” to komedia romantyczna, pierwszy film, gdzie się doskonale bawiliśmy. Temat „Nieba nad Saharą” to zupełnie inna sprawa. To rewelacyjne, móc poznać różne światy z tą samą osobą. Podczas kręcenia dużo rozmawialiśmy o samej historii, postaciach, ich relacjach. Ta wymiana była bardzo konstruktywna. Grać razem jest prosto i bardzo przyjemnie. Jest pewne porozumienie, naturalność, zaufanie, które z pewnością służą filmowi.

„Niebo nad Saharą” dało wam okazję spędzenia ponad dwóch miesięcy w Maroku. Kręciliście z rodzinami Berberów, Tuaregami, którzy przyjechali specjalnie z Mali. Jakie zachowa pani wspomnienia?

Wszystko co przeżyliśmy z nomadami berberyjskimi i malijskimi Tuaregami było bardzo intensywne. Było wiele mocnych momentów, chwile poczucia wspólnoty, tak jak wtedy, gdy pod wieczór berberyjskie kobiety śpiewały, by dźwiękowcy mogli je nagrać. Wszyscy zaczęliśmy tańczyć z dziećmi. Ich uśmiech to najcenniejsze moje wspomnienie.

Czego nauczyła panią pustynia?

Przed przyjazdem do Merzougi nie znałam pustyni. Odkryłam ciszę, prawdziwą ciszę. Ciszę, która uczy. To piękne, żywe, srogie i uspakajające. Podczas ponad dwumiesięcznego kręcenia na pustyni, warunki mogą cię zaskoczyć, zmusić do sprawdzenia twojej wytrzymałości. Jesteś sam ze sobą bez ochrony. Trzeba umieć odpuścić sobie. Tak, tego właśnie nauczyła mnie pustynia.